étude of soreness

Lover, please stay.


11/21/2013 / 19:34 / ANN

Jesus Christ, I'm not scared to die, I'm a little bit scared of what comes after

Nie spodziewał się, że kiedykolwiek go znajdzie. Pomimo, że szukał go, nie wierzył, że to mogłoby przynieść jakiś rezultat. W głębi duszy nie chciał tego, bał się, ale najwyraźniej Bóg, lub coś, co pociąga za sznurki, miał wobec jego – czy też ich – przyszłości nieco inne plany. I właśnie w ten sposób, właściwie przypadkowo, zirytowany gnębiącą go nieodpartą potrzebą zalania się w sztok, znalazł Pheala na rogu dziewięćdziesiątej i Westwood Drive - w klubie ze striptizem.
            Zobaczył go na scenie. Musiał zamrugać kilkakrotnie, bo nie wierzył własnym oczom. Ale tym razem nie mógł się pomylić. Był to Pheal z krwi i kości. Kasztanowe włosy opadały mu na twarz, oczy błyszczały przy świetle reflektorów. Nawet miejsce, w którym znalazł się tego wieczora, przemawiało za tym, że nie pomylił się. Szatyn był na scenie. Mimo gotowego podkładu zdawał się śpiewać piosenkę, do której tańczył. A - o niebiosa! - jak on tańczył. Przyglądając mu się, wstrzymał oddech. Widząc ukochanego na scenie, pożeranego przez pożądliwe spojrzenia innych mężczyzn, serce mu przyśpieszyło; sam nie wiedział jeszcze czy z zazdrości, czy z podniecenia. Mógł przysiąc, poprzysiąc na własną, plugawą i grzeszną duszę, że nie było na świecie piękniejszego mężczyzny niż właśnie Pheal. Jego Pheal.
            Ale ten mężczyzna nie był już jego i nigdy więcej nie miał być.
            Mimo to chłonął jego ruchy - ruchy jego ciała, tak doskonale giętkiego, ruchy dłoni schodzących po metalowej rurze, ust, niedosłyszalnie powtarzających za wykonawcą „Don't be surprised, I can look you in the eye…”
            Kochał Pheala i zdawało mu się, że nikt przed nim nie kochał drugiej osoby tak mocno. On wręcz go wielbił, czcił pieprzoną ziemię, po której tamten zechciał chodzić. Ale to się skończyło. Teraz nie było żadnej ziemi i żadnego Pheala. Był za to smutek, ból i samotność. Pheal Applegate odszedł.  Teraz z powrotem był dziwką z Nowego Orleanu, a on nie wiedział nawet, jakie nosił nazwisko. Ale nazwisko było nieważne. Ważne było, że ten piękny mężczyzna nie był już jego i już nigdy nie miał być.
            It's hard to take you serious when you take me inside…”
            Widział uśmiech na jego perfekcyjnie malinowych ustach, lecz ten uśmiech już go tak nie zachwycił. Można rzec, że wręcz przeciwnie - wyprowadził go z równowagi. Pomylił się, nie było już Pheala Applegate’a. On nigdy nie uśmiechał się w tak dziwkarski sposób. Wtedy właśnie zorientował się, że to już nie ten sam mężczyzna, a na pewno nie ten, którego znał. Nie widział nigdzie delikatnego, czułego faceta, a zwykłą dziwkę, oddającą swoje ciało zboczeńcom przyglądającym mu się lubieżnie spod sceny. Zeszmacili go tutaj. Całkowicie go zeszmacili.
            Butelka z piwem roztrzaskała się z hukiem na brudnej podłodze, a on sam oparł się o bar, jakby tracąc poczucie miejsca i czasu. Obawiał się, że to odkrycie wcale nie pomoże mu przestać go kochać. Obawiał się, że nie da się przestać kochać kogoś, z kim przeszło się tak wiele, z kim wiązało się tyle planów, z kim ma się tyle wspomnień. Nie miał nawet siły na złość, którą takie wnioski normalnie by w nim wywołały.
            - T…Tobias? C-co ty…?
            Ten głos, ta nieskładna, niedokończona wypowiedź otrzeźwiła go natychmiastowo. Znów był obok niego. Pheal był obok niego, przykładał mu ciepłą dłoń do policzka i patrzył z troską. Wrócił. Choć na chwilę wrócił jego Pheal. Jego mały, kochany, troskliwy Pheal. Ale to był tylko moment. Odsunął się.
            - Nic. – Podniósł się o własnych siłach i ruszył do wyjścia, nawet się nie oglądając. Przed oczami nadal miał obraz tych cudnych, zmartwionych oczu i  tak bardzo chciał wrócić i wziąć go w ramiona. Ale nie zrobił tego. Poprawił natomiast kurtkę i wyszedł z klubu na listopadowy chłód.

*

            Tobias leżał na plecach na samym środku salonu. Był sam. Vincent i Kai byli u ciotki, kot uciekł nie wiadomo dokąd, a on liczył sekundy, które płynęły równie wolno, co łzy po jego policzkach. Odkąd Pheal odszedł, płakał naprawdę często - czasami nawet całą noc. Nie przejmował się tym. Przed oczami kolejno pojawiały mu się obrazy, sceny z ich wspólnego życia. Jego piękny uśmiech. Idealne ciało. Chwile spędzone z chłopcami, gdy sami wracali do czasów dzieciństwa i bawili się jak maluchy. Chwile, które spędzali we dwoje; upojne noce i słodkie poranki… Czy teraz za tym tęsknił? Tak bardzo, że nie dało się tego ubrać w słowa; przypuszczalnie zapytany o to, byłby w stanie dać pytającemu w twarz. Bo jednocześnie nienawidził o tym mówić, nienawidził rozpamiętywać, mimo że robił to wciąż i wciąż, od nowa, bez końca…

            Do salonu, przez odsłonięte okno, wpadło światło księżyca. Oświetlało róg pokoju, sofę i regał, na którym stały ramki ze zdjęciami. Ich zdjęciami. Toby ponownie zaczął histerycznie płakać.
            Po mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.
            Nie miał zamiaru się poruszać, dopóki dzwonek nie przeszedł z regularnie dzwoniącego na nerwowy, a po kilku kolejnych minutach wręcz na natarczywy.
            Wstał i otworzył drzwi. Na widok swojego gościa chwycił się klamki mocniej, ponieważ nogi niemal odmówiły mu posłuszeństwa.
            Ten sam… Mój Pheo…
            - Witaj, Toby.
            Głos Pheala delikatnie rozszedł się ciepłem po ciele Toby’ego, wprawiając je po chwili w lekkie drżenie. Poczuł ścisk w gardle, oczy mu zwilgotniały. Kolejna dawka wspomnień przelała się przez jego wymęczony umysł. Odchrząknął, wiedząc, że od nowa jest w stanie nad sobą panować.
            - Czego chcesz?
            Jego głos był zimny jak lód, szorstki. Toby’emu przeszło przez myśl, że dawny Tobias znikł, ustępując czemuś lodowatemu, nieczułemu, stanowiącemu zaledwie namiastkę dawnego jego. Ale nie przejął się tym; nie miał już dla kogo się zmieniać.
            Przed oczami stanął mu obraz sprzed roku lub może dwóch, nie pamiętał. Obraz obskurnego wnętrza klubu, obraz pijanego, śmierdzącego wódką i papierosami Pheala, gdy znalazł go po raz pierwszy. Gdy go znalazł… Pamiętał to jak dziś.
            Ponownie oprzytomniał.
            - Wpuścisz mnie czy nie?
            Głos Pheala złamał się pod koniec zdania, sprawiając, że pozostałe słowa opuściły jego usta szeptem. Nawet w tak krótkiej wypowiedzi wyraźnie pobrzmiewał smutek, mimo że mężczyzna normalnie zwykł emanować optymizmem.
            Przynajmniej tak pamiętał go Tobias.
            Odsunął się, robiąc szatynowi miejsce w drzwiach. Czuł się fatalnie. Mimo że to przecież do niedawna stanowiło jego cel, teraz Pheal był ostatnią osobą, którą chciałby oglądać, której towarzystwa by pożądał. Mimo to, przyglądał mu się z rezerwą, gdy ten wchodził do – jeszcze do niedawna ich wspólnego – mieszkania, jak ściągał szalik, płaszcz i poprawiał kasztanowe, przesiąknięte zapachem dymu włosy. Widział, jak rozgląda się w poszukiwaniu jakichś zmian… A może w poszukiwaniu chłopców?
            Nigdy więcej nie pozwolę ci ich zobaczyć. Nigdy - pomyślał, po czym uleciała z niego każda wcześniejsza chęć zbliżenia się do Pheala, bądź obcowania z nim. Na ten moment najchętniej zatrzasnąłby za nim drzwi. 
            - Zadałem ci pytanie.
            Tobias wyraźnie brzmiał na rozwścieczonego i równie wyraźnie było to po nim widać. Spiął się, zacisnął usta i mierzył go wzrokiem. Pheal zdawał się to ignorować, jednak widać było, że poczuł się jeszcze bardziej niepewnie.
            - Chcę porozmawiać.
            Jego głos brzmiał nieśmiało, delikatnie. Jakby bał się wybuchu ze strony Toby’ego, co wcale nie było wykluczone. Tobias… Nie mógł już na niego patrzeć i wyzywał siebie samego od najgorszych, wiedząc, że to on go tu ściągnął, samym tym, że próbował go odnaleźć. Z każdą chwilą było mu trudniej przebywać w jego towarzystwie, mimo że jeszcze do niedawna tak go łaknął.
            - Nie mam o czym z tobą rozmawiać.
            - Ale ja mam.
            Tym razem głos Pheala zabrzmiał ostro, co jego samego spłoszyło, a Tobiasa rozwścieczyło jeszcze bardziej. Zacisnął ręce w pięści, spuścił wzrok. Wiedział, że musi się uspokoić. Za każdym razem, gdy już niemal mu się udało, przed oczami pojawiał mu się obraz półnagiego Pheala, oblizującego erotycznie wargi i wieszającego się na rurze… Osunął się na podłogę i wypuścił powietrze ze świstem. W głowie dudniło mu jedno zasadnicze pytanie: dlaczego? Dlaczego został sam, dlaczego utracił Pheala? Swojego Pheala, dla którego był w stanie zrobić wszystko, by tylko ten poczuł się lepiej…
            - Powiedz mi tylko dlaczego – poprosił słabo, kuląc kolana pod brodę i obejmując je rękami. Wielki z ciebie pan psychiatra, skoro nie umiesz zapanować nad własnymi emocjami, pomyślał.
            Zacisnął powieki, więc nie mógł widzieć ruchów mężczyzny. Usłyszał natomiast, że poruszył się, zapewne zaskoczony, a później podszedł do niego. Przepełniony smutkiem Toby całkowicie zapomniał o niedawnym zdenerwowaniu i złości, opuścił nogi i przysunął do Pheala, obejmując jego uda jak mały chłopiec tulący się do ojca. Nawet nie wiedział od kiedy po jego policzkach spływały kaskady łez.
            - Css… Toby, nie płacz, skarbie… - Pheal wyswobodził się z jego uścisku, ukląkł przy nim i wziął jego twarz w dłonie, ścierając z  niej łzy. Miał tak ciepłe, znajome ręce, że od samego dotyku Toby’emu popłynęły z oczu kolejne łzy i zaniósł się szlochem.
            Właśnie wtedy po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy dane mu było wtulić się w Pheala. Swojego Pheala.
            Wraz ze znajomym zapachem jego skóry do głowy uderzyło mu kolejne wspomnienie sprzed lat, urywek długiej retrospekcji. Ich kuchnia i talerz pełen naleśników, a obok niego kartka na blacie zapisana niezbyt schludnym pismem „Miłego dnia. Twój na zawsze - Pheo”…
            - Wrócę – powiedział Pheal cicho, odsunął się i pocałował go w czoło. – Obiecuję. 



comment

Blogger Hallucinatie 21 listopada 2013 20:05

no, więc tak... hm... jakby tu napisać komentarz... ^^'
naprawdę nie wiesz, jak cholernie się cieszę, że czytam TWOJE opowiadanie. <3 jejku. wszystko wróci, znów ta ekscytacja przed przeczytaniem kolejnego rozdziału, czekanie na kolejny rozdział, jaranie się i myślenie o rozdziale... <3 aw. tak bardzo się cieszę. <3 miałam tą nadzieję, że kiedyś znów będę mogła czytać Twoje opowiadania, no i patrz! ha! nadziejo, dzięki. <3

o samym prologu nie mogę powiedzieć prawie nic, prócz tego, że było zajebiście. nie wyłapałam żadnych błędów, ogarniam, o co chodzi (a u mnie to rzadkość), kocham, kocham, kocham. <3 ogółem... jezu, jesteś tą z nielicznych osób, które potrafią sprawić, bym od prologu była głodna ciągu dalszego. :3 pisz, pisz, byleby szybko, bo serio - zrobiłaś mi przysłowiowego "smaka". :3


Anonymous Anonimowy 21 listopada 2013 20:18

Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że zaczęłaś znów pisać <33333333333333333333333333 Brakowało mi tego tak mocno. Twój styl jest taki lekki, że wręcz chłonęłam każde słowo, linijkę za linijką, aż niezmiernie szybko nastąpił koniec :C Nie wiem, co się dokładnie zdarzyło między chłopcami, ale za wszelką cenę chcę się tego dowiedzieć, także pisz i dodawaj szybko :3 Dobrze mieć Ciebie znów wśród piszących ♥

~ pisząca z anonima Darsa ♥♥♥


Blogger Samael 21 listopada 2013 21:05

Cieszę się, że postanowiłaś znów pisać. To przykre, kiedy jeden z dobrych autorów odchodzi, ale równie wielka jest radość, kiedy powraca z czymś nowym. I zdecydowanie dobrym.
Mam szczerą nadzieję, iż moje pierwsze wrażenie nie okaże się mylne, ale podoba mi się. Sam wstęp. Daje jakiś obraz zaistniałej sytuacji, choć niewielki. Z niecierpliwością czekam na rozwinięcie.
cóż, welcome back.
xo!


Blogger world destroyer 22 listopada 2013 15:13

Na początku wielkie szczęście, że wróciłaś do pisania i Nanu życzy powodzenia w pisaniu i nie braku weny <3
Przechodząc do tego cudeńka to... to jest idealne ;___; Tak pefekcyjnie ułożone słowa, wszystko tak pięknie wpasowane i wymyślone. Po samym prologu chcę już więcej, wciągnęłaś jak cholera, i ogólnie strasznie się wczułam, więc smutek, bo biedny, zapłakany Toby :c
Już wielbię to opowiadanie jak cholera i teraz grzecznie czekam na rozwinięcie <3


Blogger Thoughtless 22 listopada 2013 18:21

Wiedziałam, że wrócisz. Ja to wiedziałam od zawsze <3
Gejowskie opowiadanka zawsze są urocze i śliczne. Znaczy, zazwyczaj, ale w Twoim przypadku zawsze. Prolog taki zdziebko niekonkretny i mało mówiący tak w rzeczywistości, ale jakiś zarys całej historii można sobie wysnuć, więc easy, jest okej.
Pisz, pisz, bo masz umiejętności i to trza wykorzystywać, i nie chować do szuflady.


Blogger gab ze skydance 28 listopada 2013 14:37

nie mam jebanego pojęcia co się dzieje ale rzecz jest tak zajebiście zajebista że a) musiałam wysłać Ci smsa b) piszę tutaj c) piszę na Twitterze d) zaraz jeszcze napiszę Ci to na gg, bo serio, cholernie dobrze to napisałaś, gdybyś mi nie powiedziała i/lub gdybym nie zoabczyła azjaty na dole w życiu bym nie powiedziała, że to Ty, haha, totalnie Ci się styl zmienił. Na lepsze. C:

Prześlij komentarz



«
»