Nie spodziewał się, że kiedykolwiek
go znajdzie. Pomimo, że szukał go, nie wierzył, że to mogłoby przynieść jakiś
rezultat. W głębi duszy nie chciał tego, bał się, ale najwyraźniej Bóg, lub
coś, co pociąga za sznurki, miał wobec jego – czy też ich – przyszłości nieco
inne plany. I właśnie w ten sposób, właściwie przypadkowo, zirytowany gnębiącą
go nieodpartą potrzebą zalania się w sztok, znalazł Pheala na rogu dziewięćdziesiątej
i Westwood Drive - w klubie ze striptizem.
Zobaczył go na scenie. Musiał zamrugać kilkakrotnie, bo nie wierzył
własnym oczom. Ale tym razem nie mógł się pomylić. Był to Pheal z krwi i kości.
Kasztanowe włosy opadały mu na twarz, oczy błyszczały przy świetle reflektorów.
Nawet miejsce, w którym znalazł się tego wieczora, przemawiało za tym, że nie
pomylił się. Szatyn był na scenie. Mimo gotowego podkładu zdawał się śpiewać
piosenkę, do której tańczył. A - o niebiosa! - jak on tańczył. Przyglądając mu
się, wstrzymał oddech. Widząc ukochanego na scenie, pożeranego przez pożądliwe
spojrzenia innych mężczyzn, serce mu przyśpieszyło; sam nie wiedział jeszcze
czy z zazdrości, czy z podniecenia. Mógł przysiąc, poprzysiąc na własną,
plugawą i grzeszną duszę, że nie było na świecie piękniejszego mężczyzny niż
właśnie Pheal. Jego Pheal.
Ale ten mężczyzna nie był już jego i nigdy więcej nie miał być.
Mimo to chłonął jego ruchy - ruchy jego ciała, tak doskonale giętkiego,
ruchy dłoni schodzących po metalowej rurze, ust, niedosłyszalnie powtarzających
za wykonawcą „Don't be surprised, I can look you in the eye…”
Kochał
Pheala i zdawało mu się, że nikt przed nim nie kochał drugiej osoby tak mocno.
On wręcz go wielbił, czcił pieprzoną ziemię, po której tamten zechciał chodzić.
Ale to się skończyło. Teraz nie było żadnej ziemi i żadnego Pheala. Był za to smutek,
ból i samotność. Pheal Applegate odszedł. Teraz z powrotem był dziwką z
Nowego Orleanu, a on nie wiedział nawet, jakie nosił nazwisko. Ale nazwisko
było nieważne. Ważne było, że ten piękny mężczyzna nie był już jego i już nigdy
nie miał być.
„It's hard to take you serious when you take me inside…”
Widział uśmiech na jego perfekcyjnie
malinowych ustach, lecz ten uśmiech już go tak nie zachwycił. Można rzec, że
wręcz przeciwnie - wyprowadził go z równowagi. Pomylił się, nie było już Pheala
Applegate’a. On nigdy nie uśmiechał się w tak dziwkarski sposób. Wtedy właśnie
zorientował się, że to już nie ten sam mężczyzna, a na pewno nie ten, którego
znał. Nie widział nigdzie delikatnego, czułego faceta, a zwykłą dziwkę,
oddającą swoje ciało zboczeńcom przyglądającym mu się lubieżnie spod sceny.
Zeszmacili go tutaj. Całkowicie go zeszmacili.
Butelka z piwem roztrzaskała się z hukiem na brudnej podłodze, a on sam
oparł się o bar, jakby tracąc poczucie miejsca i czasu. Obawiał się, że to
odkrycie wcale nie pomoże mu przestać go kochać. Obawiał się, że nie da się
przestać kochać kogoś, z kim przeszło się tak wiele, z kim wiązało się tyle
planów, z kim ma się tyle wspomnień. Nie miał nawet siły na złość, którą takie
wnioski normalnie by w nim wywołały.
- T…Tobias? C-co ty…?
Ten głos, ta nieskładna, niedokończona wypowiedź otrzeźwiła go natychmiastowo.
Znów był obok niego. Pheal był obok niego, przykładał mu ciepłą dłoń do
policzka i patrzył z troską. Wrócił. Choć na chwilę wrócił jego Pheal.
Jego mały, kochany, troskliwy Pheal. Ale to był tylko moment. Odsunął się.
- Nic. – Podniósł się o własnych siłach i ruszył do wyjścia, nawet się
nie oglądając. Przed oczami nadal miał obraz tych cudnych, zmartwionych oczu
i tak bardzo chciał wrócić i wziąć go w ramiona. Ale nie zrobił tego.
Poprawił natomiast kurtkę i wyszedł z klubu na listopadowy chłód.
*
Tobias
leżał na plecach na samym środku salonu. Był sam. Vincent i Kai byli u ciotki,
kot uciekł nie wiadomo dokąd, a on liczył sekundy, które płynęły równie wolno,
co łzy po jego policzkach. Odkąd Pheal odszedł, płakał naprawdę często -
czasami nawet całą noc. Nie przejmował się tym. Przed oczami kolejno pojawiały
mu się obrazy, sceny z ich wspólnego życia. Jego piękny uśmiech. Idealne ciało.
Chwile spędzone z chłopcami, gdy sami wracali do czasów dzieciństwa i bawili
się jak maluchy. Chwile, które spędzali we dwoje; upojne noce i słodkie
poranki… Czy teraz za tym tęsknił? Tak bardzo, że nie dało się tego ubrać w słowa;
przypuszczalnie zapytany o to, byłby w stanie dać pytającemu w twarz. Bo
jednocześnie nienawidził o tym mówić, nienawidził rozpamiętywać, mimo że robił
to wciąż i wciąż, od nowa, bez końca…
Do salonu,
przez odsłonięte okno, wpadło światło księżyca. Oświetlało róg pokoju, sofę i
regał, na którym stały ramki ze zdjęciami. Ich zdjęciami. Toby ponownie zaczął
histerycznie płakać.
Po
mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.
Nie miał
zamiaru się poruszać, dopóki dzwonek nie przeszedł z regularnie dzwoniącego na
nerwowy, a po kilku kolejnych minutach wręcz na natarczywy.
Wstał i
otworzył drzwi. Na widok swojego gościa chwycił się klamki mocniej, ponieważ
nogi niemal odmówiły mu posłuszeństwa.
Ten
sam… Mój Pheo…
- Witaj,
Toby.
Głos Pheala
delikatnie rozszedł się ciepłem po ciele Toby’ego, wprawiając je po chwili w
lekkie drżenie. Poczuł ścisk w gardle, oczy mu zwilgotniały. Kolejna dawka
wspomnień przelała się przez jego wymęczony umysł. Odchrząknął, wiedząc, że od
nowa jest w stanie nad sobą panować.
- Czego
chcesz?
Jego głos
był zimny jak lód, szorstki. Toby’emu przeszło przez myśl, że dawny Tobias
znikł, ustępując czemuś lodowatemu, nieczułemu, stanowiącemu zaledwie namiastkę
dawnego jego. Ale nie przejął się tym; nie miał już dla kogo się zmieniać.
Przed oczami
stanął mu obraz sprzed roku lub może dwóch, nie pamiętał. Obraz obskurnego
wnętrza klubu, obraz pijanego, śmierdzącego wódką i papierosami Pheala, gdy
znalazł go po raz pierwszy. Gdy go znalazł… Pamiętał to jak dziś.
Ponownie oprzytomniał.
- Wpuścisz
mnie czy nie?
Głos Pheala
złamał się pod koniec zdania, sprawiając, że pozostałe słowa opuściły jego usta
szeptem. Nawet w tak krótkiej wypowiedzi wyraźnie pobrzmiewał smutek, mimo że
mężczyzna normalnie zwykł emanować optymizmem.
Przynajmniej
tak pamiętał go Tobias.
Odsunął się,
robiąc szatynowi miejsce w drzwiach. Czuł się fatalnie. Mimo że to przecież do
niedawna stanowiło jego cel, teraz Pheal był ostatnią osobą, którą chciałby oglądać,
której towarzystwa by pożądał. Mimo to, przyglądał mu się z rezerwą, gdy ten
wchodził do – jeszcze do niedawna ich wspólnego – mieszkania, jak ściągał
szalik, płaszcz i poprawiał kasztanowe, przesiąknięte zapachem dymu włosy.
Widział, jak rozgląda się w poszukiwaniu jakichś zmian… A może w poszukiwaniu
chłopców?
Nigdy
więcej nie pozwolę ci ich zobaczyć. Nigdy - pomyślał, po czym uleciała
z niego każda wcześniejsza chęć zbliżenia się do Pheala, bądź obcowania z nim.
Na ten moment najchętniej zatrzasnąłby za nim drzwi.
- Zadałem ci
pytanie.
Tobias
wyraźnie brzmiał na rozwścieczonego i równie wyraźnie było to po nim widać.
Spiął się, zacisnął usta i mierzył go wzrokiem. Pheal zdawał się to ignorować,
jednak widać było, że poczuł się jeszcze bardziej niepewnie.
- Chcę
porozmawiać.
Jego głos
brzmiał nieśmiało, delikatnie. Jakby bał się wybuchu ze strony Toby’ego, co
wcale nie było wykluczone. Tobias… Nie mógł już na niego patrzeć i wyzywał
siebie samego od najgorszych, wiedząc, że to on go tu ściągnął, samym tym, że
próbował go odnaleźć. Z każdą chwilą było mu trudniej przebywać w jego
towarzystwie, mimo że jeszcze do niedawna tak go łaknął.
- Nie mam o
czym z tobą rozmawiać.
- Ale ja
mam.
Tym razem
głos Pheala zabrzmiał ostro, co jego samego spłoszyło, a Tobiasa rozwścieczyło
jeszcze bardziej. Zacisnął ręce w pięści, spuścił wzrok. Wiedział, że musi się
uspokoić. Za każdym razem, gdy już niemal mu się udało, przed oczami pojawiał
mu się obraz półnagiego Pheala, oblizującego erotycznie wargi i wieszającego
się na rurze… Osunął się na podłogę i wypuścił powietrze ze świstem. W głowie
dudniło mu jedno zasadnicze pytanie: dlaczego? Dlaczego został sam, dlaczego
utracił Pheala? Swojego Pheala, dla którego był w stanie zrobić wszystko, by
tylko ten poczuł się lepiej…
- Powiedz mi
tylko dlaczego – poprosił słabo, kuląc kolana pod brodę i obejmując je
rękami. Wielki z ciebie pan psychiatra, skoro nie umiesz zapanować nad
własnymi emocjami, pomyślał.
Zacisnął
powieki, więc nie mógł widzieć ruchów mężczyzny. Usłyszał natomiast, że
poruszył się, zapewne zaskoczony, a później podszedł do niego. Przepełniony
smutkiem Toby całkowicie zapomniał o niedawnym zdenerwowaniu i złości, opuścił
nogi i przysunął do Pheala, obejmując jego uda jak mały chłopiec tulący się do
ojca. Nawet nie wiedział od kiedy po jego policzkach spływały kaskady łez.
- Css… Toby,
nie płacz, skarbie… - Pheal wyswobodził się z jego uścisku, ukląkł przy nim i
wziął jego twarz w dłonie, ścierając z niej łzy. Miał tak ciepłe, znajome
ręce, że od samego dotyku Toby’emu popłynęły z oczu kolejne łzy i zaniósł się
szlochem.
Właśnie
wtedy po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy dane mu było wtulić się w
Pheala. Swojego Pheala.
Wraz ze
znajomym zapachem jego skóry do głowy uderzyło mu kolejne wspomnienie sprzed
lat, urywek długiej retrospekcji. Ich kuchnia i talerz pełen naleśników, a obok
niego kartka na blacie zapisana niezbyt schludnym pismem „Miłego dnia. Twój na
zawsze - Pheo”…
- Wrócę – powiedział Pheal cicho,
odsunął się i pocałował go w czoło. – Obiecuję.
Prześlij komentarz