étude of soreness

Lover, please stay.


12/04/2013 / 21:34 / ANN

Mother, tell my baby sister not to do what I have done, but shun that house in New Orleans, they call the Rising Sun

            Nieopodal Twin Spans w Nowym Orleanie, na Greens Avenue - długiej ulicy, nad którą drzewa tworzą łuk - Tobias Applegate wszedł do budynku, po czym zamknął za sobą drzwi na klucz. Ruszył korytarzem, minął pięć pokoi i stanął przed dyżurką pielęgniarską. Pani Spindler siedziała za biurkiem zaczytana w jednym ze swoich romansów. Zastukał w szybę, a gdy oderwała się od lektury, pomachał do niej i kontynuował przemierzanie korytarza aż do samego jego końca. Tam otworzył drzwi do holu, następnie do świetlicy i ruszył na piętro. O ile dobrze zapamiętał, dziś miał pięć rozmów z pacjentami, dwa nowe przyjęcia i jeden wypis. Westchnął. Ruszył w górę zimną klatką schodową, wcześniej zamykając przyciskiem okna dachowe, o których najwyraźniej ktoś zapomniał wieczorem. Otworzył z klucza kolejne drzwi – jakie czy tak, czy tak wedle procedury musiał za sobą zamknąć – i w końcu stanął przed swoim gabinetem. Wyposażony w brązowe, nieco odrapane drzwi niewielki pokoik z widokiem na jezioro Pontchartrain i mniej ekonomiczną część Luizjany stał przed nim otworem, a posadzka pokryta pomarańczowym linoleum była wilgotna, najwyraźniej dopiero co zmyta. Wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. W pomieszczeniu pachniało środkiem do mycia podłóg i przefiltrowanym dokładnie powietrzem. Odsłonił szpitalne, sztywne rolety, wpuszczając słońce do środka i, wcześniej włączając wypełniony wodą czajnik elektryczny, usiadł w swoim fotelu. Dochodziła siódma. Od ostatnich wydarzeń pojawiał się w pracy coraz wcześniej, a w domu przebywał wręcz okazyjnie. Karcił się za to, jednak nie mógł przemóc się, by chociażby więcej czasu spędzać z synami czy też po prostu we własnym mieszkaniu, skupiając się na prozaicznych czynnościach, jakimi było na przykład sprzątanie. Własnych czterech kątów unikał jak mógł; każda samotna chwila, gdy cisza wwiercała się mu w umysł, przywodziła wspomnienia sprzed kilku dni i wcześniej, sprzed tygodni, miesięcy, lat. Toby bał się tych wspomnień jak ognia, a praca pozwalała mu je zagłuszyć. Chyba, że tak jak tego dnia przychodził o siódmej, nastawiał wodę w czajniku elektrycznym, siadał za biurkiem i wpatrywał się w przeciwległą ścianę z namalowanym na środku słońcem o rozłożystych promieniach.
            Ośrodek Psychiatryczny na Greens Avenue, nazywany przez pacjentów Domem Wschodzącego Słońca, cieszył się dobrą renomą i dużą popularnością zarówno w mieście, jak i w stanie Luizjana. Tobias był związany z tym miejscem od samego początku swojej drogi w kierunku zostania psychiatrą. Już jako dwudziestoletni student prowadził terapie zajęciowe z dzieciakami, organizował im kółka plastyczne i uczył gry na gitarze. Od zakończenia studiów do teraz, gdy niebawem miał skończyć trzydzieści pięć lat, nie umiał i nawet nie chciał rozstawać się z tym miejscem, z tymi ścianami, personelem, jak i z pacjentami.
            Applegate był dobrym lekarzem, o ile nie bardzo dobrym. Mimo ukierunkowania na psychiatrę, jego pacjenci mogli liczyć z jego strony również na pomoc terapeutyczną, a przede wszystkim na szczerą rozmowę, której nikomu nie odmawiał. Uwielbiał swój zawód i uwielbiał wyciągać z kompletnego bagna młodych ludzi, w których widać było potencjał na kilometr. Dlatego właśnie, po dziesięciu latach pracy, wciąż miał siłę przychodzić tutaj o siódmej rano, otwierać i zamykać za sobą czworo tych samych drzwi, mijać dobrze znane sale i wracać do swojego, nic się nie zmieniającego gabinetu.
             Woda zabulgotała w czajniku stojącym na szafce w rogu pokoju, jaki po chwili wyłączył się cichym dźwiękiem. Toby podniósł się z miejsca, wsypał do swojego ulubionego niebieskiego kubka półtorej łyżeczki kawy i zalał ją wodą. Poranek wyglądał jak każdy inny, w jego usłanym przyjemną monotonią życiu, pachniał kawą i filtrowanym powietrzem, tym samym od lat. Uwielbiał tę jednostajność.
            Nie wiedział nawet, kiedy zaczął rozpamiętywać sobotni wieczór po raz kolejny. W jego głowie wciąż kołatały miliony pytań, na które, póki co, odpowiedzi nie było i zapewne jeszcze długo miało nie być. Od zniknięcia Pheala minęło kilka dobrych miesięcy, nie wiedział nawet ile dokładnie. Jednak fakt, że udało mu się go zobaczyć, a później sam do niego przyszedł, wystarczył, by wywrócić jego względny porządek, który sobie utworzył, do góry nogami.
            Żeby chociaż wiedział, co zrobił źle. W czym był gorszy od tych dziesiątek facetów, pożerających jego Pheala wzrokiem każdego wieczoru. I żeby wiedział, co takiego mu brakowało, że tamten wolał wybrać takie życie, zamiast życia u jego boku. Nie mieściło mu się to w głowie w żadnym wypadku. To był absurd.
            Czując narastający ucisk w głowie, zwiastujący zazwyczaj ostry ból, odstawił kubek na biurko i potarł skronie. Nie miało mu to nic dać, ale żywił nadzieję, że chociaż wspomnienia znikną. Jakby to było w ogóle możliwe. W ciągu ostatnio minionego czasu, gdy pozostał sam na sam ze swoją umysłowością, nauczył się nie tylko jak radzić sobie w pojedynkę, ale również innej, bardzo ważnej rzeczy. Nawet będąc najlepszym psychiatrą w Nowym Orleanie, musiało minąć wiele miesięcy – o ile nie lat – by mógł się pogodzić z taką stratą, a co dopiero móc uśpić wspomnienia. Tylko dlaczego czas płynął tak wolno?
            Szczerze mówiąc, był słaby. Nigdy nie podejrzewał siebie o tak niewielką wytrzymałość. Wystarczył mu zawód miłosny, by okropnie zachorować na duchu, zgorzknieć, stracić chęć do życia i przede wszystkim pokazać, że jest niczym innym jak wątłym człowieczkiem, który zachorował na miłość. I czuł się z tym fatalnie. Czuł się bardziej rozczarowany sobą, niż tym, że został opuszczony przez drugą osobę.
            Ale nie mógł zrobić nic. Chorował na miłość. A ta choroba zżerała człowieka gorzej niż każda inna.
            Na swoje szczęście, w momencie gdy wspomnienia niemalże sparaliżowały go całego, do gabinetu zastukała pani Spindler, mówiąc, że bardzo szybko potrzebują go na parterze, gdzie właśnie miał przyjąć nowego pacjenta. Odetchnął z ulgą, założył fartuch i ruszył za nią schodami, znowu zamykając za sobą wszystkie te szpitalne drzwi.

*

            Ledwo zamknął za sobą drzwi, gdy przez główne wejście wjechało łóżko. Już wtedy wiedział, że to nie będzie normalne przyjęcie i banalny pacjent. Coś drgnęło w nim na widok nieprzytomnego ciała z maską tlenową leżącego na łóżku wiezionym przez kilku ratowników, szczególnie gdy spojrzał na jego stan.
            - Panie Applegate, tutaj. – Momentalnie pojawił się przy ratowniku, który dał mu do ściśnięcia opatrunek na przedramieniu chłopaka, który najwyraźniej postanowił skończyć swoje życie. Nie zaszyli mu ran? Jakim więc cudem przywieźli go tutaj? – Potrzebujemy wolnej sali, w szpitalu nie było nikogo, kto mógłby to zszyć.
            - Chyba żartujesz! – Toby poczuł, jak coś się w nim gotuje. Dobrze wiedział, jak na tego typu pacjentów zapatrywał się szpital i tamtejsza izba przyjęć, ale to już przechodziło ludzkie pojęcie. Gdyby nie fakt, że nie było chwili do stracenia, gdyby nie umierający na jego oczach chłopak, nie zapanowałby nad sobą.
            Otworzył drzwi do sali osiemnaście, jedynej pustej na oddziale - do tej chwili, póki nie wjechało do niej łóżko i nieprzytomny chłopak. Dalej wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie tak, że Tobias nawet nie zwracał uwagi na to, co go otaczało. Nie dopuścił do pacjenta ratowników, ani pielęgniarek; sam wziął wszystko co potrzeba i skupił się na zszyciu każdej jednej żyły i wszystkich pasm rozciętej skóry, rozciętej dokładnie, głęboko, z namysłem. Już wtedy nieco dziwił się, jak temu chłopakowi udało się zrobić to tak precyzyjnie, równo i skrupulatnie, w tak krótkim czasie, jaki dawała mu sytuacja.
            - Potrzebna będzie jedna jednostka krwi. Ma jakieś dokumenty?
            - Tak, skontaktowaliśmy się już z rodziną. Ma grupę B.
            - Co z nimi?
            - Już tutaj jadą. 
            Czyli miał rodzinę i, o ile się nie mylił, najwyraźniej kochającą i troskliwą. Lekarz zastanawiał się, dlaczego więc dzieciak to zrobił. Czego mu brakowało. Może tak samo jak Tobias zachorował na miłość? Założył szwy, podał jednostkę krwi, uzupełnił dokumenty na tyle, na ile pozwalała mu legitymacja szkolna chłopaka. Będzie żył. Uratował go, mimo że tamten wyraźnie tego nie chciał.

*


            Wysoka kobieta stała razem z lekarzem przy drzwiach pokoju i przez okrągłą szybę przyglądała się synowi. Po jej policzkach kilkakrotnie spłynęły pojedyncze łzy, jednak szybko opanowała emocje, a przynajmniej nie pokazywała więcej, co wewnętrznie przeżywa. Wyglądała na dostojną, dumną, a patrząc po ubiorze – również na dosyć zamożną. Wydawała się być jedną z tych, które zawsze są eleganckie i kulturalne. Jednak w takim momencie jak ten, gdy jeszcze do niedawna jej syn był niemalże na granicy życia i śmierci, wiadomym było, że nie mogła pohamować wszystkich emocji, nie mogła wyglądać na dumną i opanowaną, bo nie wypełniała jej duma, a tym bardziej nie opanowanie. Była rozdarta. Widać było to po jej spiętej twarzy, martwych oczach i zaschniętych łzach na policzkach.
            - Dlaczego w takim stanie trafił od razu tutaj? – spytała szeptem, nie zerkając na Tobiasa. Wciąż wpatrywała się w nieruchomą twarz o delikatnych rysach, w twarz swojego syna, leżącego w pokoju za drzwiami z okrągłą szybą i kurczowo ściskała granatową kopertówkę.
            - Takie mamy procedury – skłamał gładko, zaciskając usta. Nie mógł przecież powiedzieć matce pacjenta, że okoliczny szpital skierował go od razu tutaj, bo gardzą podobnymi przypadkami. W zasadzie, Applegate nie rozumiał ich postępowania i obiecał sobie, że po tym przypadku zacznie robić coś w sprawie szpitala. – Ale zapewniam panią, że tutaj ma równie dobrą, jeśli nawet nie lepszą opiekę.
            - Jak długo? Jak długo tutaj pozostanie? 
            Mimo że potrafił oszacować, znów pozwolił sobie nieco minąć się z prawdą.
            - Trudno nam to stwierdzić na ten moment. O tym, jak długo potrwa hospitalizacja zadecyduje jego stan zarówno fizyczny, jak i psychiczny. Na pewno będzie wymagał kilkutygodniowej terapii. Coś w końcu skłoniło go do tego, co zrobił…
            Cameron Shepard zakryła usta dłonią, próbując pohamować szloch, który wstrząsnął jej ciałem.
            - Nie rozumiem… Przecież… Miał wszystko… Niczego mu nie brakowało. Wspaniałe oceny, zainteresowania, ukochana osoba… I d-dlaczego nie przyszedł do mnie? Zawsze przychodził, gdy coś się działo. Zawsze, wie pan? – W jej spojrzeniu skierowanym na Tobiasa widać było tak silny ból, że mimo przyzwyczajenia do podobnych sytuacji, wstrząsnęło nim to. Rozumiał ją. Ale skoro jej syn leżał teraz podłączony do wszystkich tych kabelków wlewających mu do ciała substancje wzmacniające, by mógł odzyskać przytomność, musiało być coś, o czym nie wiedziała. Jeżeli faktycznie mówili sobie wszystko, coś jednak musiał ukryć. Albo sytuacja będąca bodźcem do dokonanej przez niego próby samobójczej była tak nagła, że nie zdążył się nią z nikim podzielić.
            - Wierzę, pani Shepard. I rozumiem, co pani czuje. Ale mogę obiecać, że cokolwiek go do tego skłoniło i cokolwiek by się z nim nie działo, tutaj jest bezpieczny, a nasz personel zrobi wszystko, by wyciągnąć go z problemów.
            Mówił prawdę. Czuł, że coś było na rzeczy, że mimo iż ten chłopiec był wzorowym uczniem, synem i chłopakiem dla swojej dziewczyny, coś musiało się wydarzyć. Coś, czego nie był w stanie udźwignąć. A on miał zamiar mu pomóc. Przecież po to tu był. I kochał swoją pracę.
            - Proszę – pani Cameron wyciągnęła w jego stronę dłoń, w której trzymała białą, prostą wizytówkę z jej imieniem, nazwiskiem, numerem telefonu i adresem e-mail. – Gdyby coś się działo, gdyby się obudził albo czegoś potrzebował, proszę zadzwonić.
            Tobias pochwycił ją i schował do kieszeni kitla, kiwając głową. Powoli odprowadził kobietę do wyjścia, nie zamieniając z nią po drodze ani jednego słowa. Musiała wszystko sobie poukładać, być może zrozumieć, dlaczego jej chłopiec to zrobił. Potrzebowała czasu.
            Przy drzwiach obróciła się do niego i uścisnęła jego dłoń. Niezbyt mocno, jednak najprawdopodobniej z całą siłą, jaką miała w tym momencie w swoim ciele. Później skinęła głową, poprawiła marynarkę i wyszła, nie oglądając się. Nie było jej łatwo.
            Applegate zamknął za nią drzwi wyjściowe, minął zaciekawionych pacjentów i wolnym krokiem ruszył do pokoju pielęgniarek. Uzupełnił dokumenty, założył chłopakowi kartę, zrobił opaskę na rękę z imieniem i nazwiskiem, po czym udał się do jego pokoju. 
            Nie zauważył żadnej zmiany. Podłączony do aparatury chłopak wciąż był blady, nieprzytomny - mimo podanej krwi i kroplówek wzmacniających. Jego serce biło powoli, spokojnie, regularnie. Ważnie, że w ogóle bije, pomyślał lekarz i założył mu na rękę białą opaskę. Przyglądał mu się przez chwilę; jego gładkiej, spokojnej twarzy, ciemnym, krótkim włosom i bladej skórze. Przez ostatnie wydarzenia trudno było mu opanować emocje i coś w rodzaju bólu, które odczuwał gdy mu się przyglądał. Ale te odczucia sprawiły, że założył sobie pomóc mu, jak tylko będzie umiał.
            Przyciągnął krzesło i usiadł koło niego, wsłuchując się w rytmiczne pikanie aparatury. Nie miał zamiaru się stąd ruszać, a przynajmniej nie szybko. 
            W końcu nie wiedział nawet, ile minęło czasu, odkąd usiadł przy łóżku i zaczął wsłuchiwać się w mechaniczne bicie jego serca. Pewnie musiała minąć dłuższa chwila, bo gdy wyrwał się z zamyślenia, puls pacjenta był znacznie szybszy, a ciśnienie wyświetlone na ekranie wyższe. Poczuł się pewniej, bo wiedział, że ten chłopak będzie żył.
            Jednak wciąż coś trzymało go przy jego łóżku.
            I słusznie, że posłuchał tego i został. Niedługo później zauważył, że ciało młodego drgnęło. Wstał, przyglądając mu się uważnie. Wybudzał się.
            Chłopak podniósł powieki. W pierwszej chwili był otępiały, jakby dostał w głowę czymś twardym, zapewne powoli uzyskiwał ostrość widzenia i wracał mu słuch. Jego stalowoszare oczy były puste i zimne, ale gdy zorientował się, gdzie jest, w jednej chwili wypełniły się bólem większym, niż ten w oczach jego matki przed kilkoma godzinami.
            Zrozumiał, że się nie udało. Że wciąż tutaj jest.
            - Witaj, Luke – odparł spokojnie Toby i uśmiechnął się delikatnie. – Jesteś w szpitalu.

***

Tak w ogóle, to witam Państwa bardzo serdecznie. Ostatnio zachowałam się bardzo brzydko i nie napisałam nic w stylu "hejo, wróciłam!", "popatrzcie, znów piszę!", czy chociażby "pocałujcie mnie gdzieś!". Hihi, taki żarcik kosmonaucik. Jestem nieśmieszna, wiem. Ale wróćmy do sedna - nie powiedziałam Wam cześć!
Nie umiem się witać, nie umiem robić wielkich powrotów, ale lubię (i chodzą pogłoski, że nawet umiem) odstawiać gejozę w moich opowiadaniach i chyba wszystkim to odpowiada (ɔˆ ³(ˆ⌣ˆc)
Tak więc, macie tutaj na pożarcie Tobiaska, Luka i jeszcze kilka innych gejasów, mniej bo mniej ważnych, ale też. Musicie ich polubić. A przynajmniej Toby'ego, bo to mój ideał, bóg, pan, mistrz i wszystko (tak, prawie kocham się we własnej postaci!), więc, musicie za nim przepadać. You have no choice.
Teraz tak technicznie: odpowiada Wam czcionka, kolor tła, rozmiar tekstu, itp? Wiem, że niektórzy czytelnicy czytają z telefonów komórkowych, więc jeśli coś byłoby dla Was niedogodnością - czy to u użytkowników telefonów, czy komputerów - walcie śmiało, to Wam ma się wygodnie czytać, a nie mnie.
I tak na koniec, witam Was serdecznie. Mniej więcej co dwa tygodnie - lub czasem rzadziej, ze względu na szkołę - będę Was karmić nowymi rozdziałami. Enjoy your meal!

xoxo, Ann

(dawniej war machine)
comment

Blogger world destroyer 4 grudnia 2013 22:18

piękne, po prostu piękne ;_____; tak bardzo kocham to opowiadanie, całym moim złym serduszkiem, jest idealne, no ;~; nie umiem złożyć jakieś składnego komentarza, więc wybacz, ale genialności tego opowiadania po prostu nie da się ująć w słowa. idealne <3


Blogger Darsa 5 grudnia 2013 17:03

Och, jestem tak bardzo ciekawa dalszego rozwoju akcji w tym opowiadaniu ;_; Twoje opisy... no kocham. Niczyje mnie tak nie wciągają, niczyich nie analizuję i nie pochłaniam tak dokładnie <3 To jest świetne i zapowiada się jeszcze lepiej!


Blogger Thoughtless 5 grudnia 2013 19:38

Ja zawsze wielbię Twój styl pisania. I te długie wstępy, opisy uczuć... Wiesz, to drugie moim zdaniem daje dużo, bo im lepiej czytelnik może utożsamić z bohaterem, tym lepiej go rozumie i sens całej historii. Ach, i pojawił się Lucky. Zapowiada się pięknie <3

Prześlij komentarz



«
»