Nieopodal Twin Spans w Nowym Orleanie, na Greens
Avenue - długiej ulicy, nad którą drzewa tworzą łuk - Tobias Applegate wszedł
do budynku, po czym zamknął za sobą drzwi na klucz. Ruszył korytarzem, minął
pięć pokoi i stanął przed dyżurką pielęgniarską. Pani Spindler siedziała za
biurkiem zaczytana w jednym ze swoich romansów. Zastukał w szybę, a gdy
oderwała się od lektury, pomachał do niej i kontynuował przemierzanie korytarza
aż do samego jego końca. Tam otworzył drzwi do holu, następnie do świetlicy i
ruszył na piętro. O ile dobrze zapamiętał, dziś miał pięć rozmów z pacjentami,
dwa nowe przyjęcia i jeden wypis. Westchnął. Ruszył w górę zimną klatką
schodową, wcześniej zamykając przyciskiem okna dachowe, o których najwyraźniej
ktoś zapomniał wieczorem. Otworzył z klucza kolejne drzwi – jakie czy tak, czy
tak wedle procedury musiał za sobą zamknąć – i w końcu stanął przed swoim
gabinetem. Wyposażony w brązowe, nieco odrapane drzwi niewielki pokoik z
widokiem na jezioro Pontchartrain i mniej ekonomiczną część Luizjany stał przed
nim otworem, a posadzka pokryta pomarańczowym linoleum była wilgotna,
najwyraźniej dopiero co zmyta. Wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. W
pomieszczeniu pachniało środkiem do mycia podłóg i przefiltrowanym dokładnie
powietrzem. Odsłonił szpitalne, sztywne rolety, wpuszczając słońce do środka i,
wcześniej włączając wypełniony wodą czajnik elektryczny, usiadł w swoim fotelu.
Dochodziła siódma. Od ostatnich wydarzeń pojawiał się w pracy coraz wcześniej,
a w domu przebywał wręcz okazyjnie. Karcił się za to, jednak nie mógł przemóc
się, by chociażby więcej czasu spędzać z synami czy też po prostu we własnym
mieszkaniu, skupiając się na prozaicznych czynnościach, jakimi było na przykład
sprzątanie. Własnych czterech kątów unikał jak mógł; każda samotna chwila, gdy
cisza wwiercała się mu w umysł, przywodziła wspomnienia sprzed kilku dni i
wcześniej, sprzed tygodni, miesięcy, lat. Toby bał się tych wspomnień jak
ognia, a praca pozwalała mu je zagłuszyć. Chyba, że tak jak tego dnia
przychodził o siódmej, nastawiał wodę w czajniku elektrycznym, siadał za
biurkiem i wpatrywał się w przeciwległą ścianę z namalowanym na środku słońcem
o rozłożystych promieniach.
Ośrodek
Psychiatryczny na Greens Avenue, nazywany przez pacjentów Domem Wschodzącego
Słońca, cieszył się dobrą renomą i dużą popularnością zarówno w mieście, jak i
w stanie Luizjana. Tobias był związany z tym miejscem od samego początku swojej
drogi w kierunku zostania psychiatrą. Już jako dwudziestoletni student
prowadził terapie zajęciowe z dzieciakami, organizował im kółka plastyczne i
uczył gry na gitarze. Od zakończenia studiów do teraz, gdy niebawem miał
skończyć trzydzieści pięć lat, nie umiał i nawet nie chciał rozstawać się z tym
miejscem, z tymi ścianami, personelem, jak i z pacjentami.
Applegate
był dobrym lekarzem, o ile nie bardzo dobrym. Mimo ukierunkowania na psychiatrę,
jego pacjenci mogli liczyć z jego strony również na pomoc terapeutyczną, a
przede wszystkim na szczerą rozmowę, której nikomu nie odmawiał. Uwielbiał swój
zawód i uwielbiał wyciągać z kompletnego bagna młodych ludzi, w których widać
było potencjał na kilometr. Dlatego właśnie, po dziesięciu latach pracy, wciąż
miał siłę przychodzić tutaj o siódmej rano, otwierać i zamykać za sobą czworo
tych samych drzwi, mijać dobrze znane sale i wracać do swojego, nic się nie
zmieniającego gabinetu.
Woda
zabulgotała w czajniku stojącym na szafce w rogu pokoju, jaki po chwili
wyłączył się cichym dźwiękiem. Toby podniósł się z miejsca, wsypał do swojego
ulubionego niebieskiego kubka półtorej łyżeczki kawy i zalał ją wodą. Poranek
wyglądał jak każdy inny, w jego usłanym przyjemną monotonią życiu, pachniał
kawą i filtrowanym powietrzem, tym samym od lat. Uwielbiał tę jednostajność.
Nie wiedział
nawet, kiedy zaczął rozpamiętywać sobotni wieczór po raz kolejny. W jego głowie
wciąż kołatały miliony pytań, na które, póki co, odpowiedzi nie było i zapewne
jeszcze długo miało nie być. Od zniknięcia Pheala minęło kilka dobrych
miesięcy, nie wiedział nawet ile dokładnie. Jednak fakt, że udało mu się go
zobaczyć, a później sam do niego przyszedł, wystarczył, by wywrócić jego
względny porządek, który sobie utworzył, do góry nogami.
Żeby chociaż
wiedział, co zrobił źle. W czym był gorszy od tych dziesiątek facetów,
pożerających jego Pheala wzrokiem każdego wieczoru. I żeby
wiedział, co takiego mu brakowało, że tamten wolał wybrać takie życie, zamiast
życia u jego boku. Nie mieściło mu się to w głowie w żadnym wypadku. To był
absurd.
Czując
narastający ucisk w głowie, zwiastujący zazwyczaj ostry ból, odstawił kubek na
biurko i potarł skronie. Nie miało mu to nic dać, ale żywił nadzieję, że
chociaż wspomnienia znikną. Jakby to było w ogóle możliwe. W ciągu ostatnio
minionego czasu, gdy pozostał sam na sam ze swoją umysłowością, nauczył się nie
tylko jak radzić sobie w pojedynkę, ale również innej, bardzo ważnej rzeczy.
Nawet będąc najlepszym psychiatrą w Nowym Orleanie, musiało minąć wiele
miesięcy – o ile nie lat – by mógł się pogodzić z taką stratą, a co dopiero móc
uśpić wspomnienia. Tylko dlaczego czas płynął tak wolno?
Szczerze
mówiąc, był słaby. Nigdy nie podejrzewał siebie o tak niewielką wytrzymałość.
Wystarczył mu zawód miłosny, by okropnie zachorować na duchu, zgorzknieć,
stracić chęć do życia i przede wszystkim pokazać, że jest niczym innym jak
wątłym człowieczkiem, który zachorował na miłość. I czuł się z tym fatalnie.
Czuł się bardziej rozczarowany sobą, niż tym, że został opuszczony przez drugą
osobę.
Ale nie mógł
zrobić nic. Chorował na miłość. A ta choroba zżerała człowieka gorzej niż każda
inna.
Na swoje
szczęście, w momencie gdy wspomnienia niemalże sparaliżowały go całego, do
gabinetu zastukała pani Spindler, mówiąc, że bardzo szybko potrzebują go na
parterze, gdzie właśnie miał przyjąć nowego pacjenta. Odetchnął z ulgą, założył
fartuch i ruszył za nią schodami, znowu zamykając za sobą wszystkie te
szpitalne drzwi.
*
Ledwo
zamknął za sobą drzwi, gdy przez główne wejście wjechało łóżko. Już wtedy
wiedział, że to nie będzie normalne przyjęcie i banalny pacjent. Coś drgnęło w
nim na widok nieprzytomnego ciała z maską tlenową leżącego na łóżku wiezionym
przez kilku ratowników, szczególnie gdy spojrzał na jego stan.
- Panie
Applegate, tutaj. – Momentalnie pojawił się przy ratowniku, który dał mu do
ściśnięcia opatrunek na przedramieniu chłopaka, który najwyraźniej postanowił
skończyć swoje życie. Nie zaszyli mu ran? Jakim więc cudem przywieźli go tutaj?
– Potrzebujemy wolnej sali, w szpitalu nie było nikogo, kto mógłby to zszyć.
- Chyba
żartujesz! – Toby poczuł, jak coś się w nim gotuje. Dobrze wiedział, jak na
tego typu pacjentów zapatrywał się szpital i tamtejsza izba przyjęć, ale to już
przechodziło ludzkie pojęcie. Gdyby nie fakt, że nie było chwili do stracenia,
gdyby nie umierający na jego oczach chłopak, nie zapanowałby nad sobą.
Otworzył
drzwi do sali osiemnaście, jedynej pustej na oddziale - do tej chwili, póki nie
wjechało do niej łóżko i nieprzytomny chłopak. Dalej wszystko potoczyło się w
zawrotnym tempie tak, że Tobias nawet nie zwracał uwagi na to, co go otaczało.
Nie dopuścił do pacjenta ratowników, ani pielęgniarek; sam wziął wszystko co
potrzeba i skupił się na zszyciu każdej jednej żyły i wszystkich pasm rozciętej
skóry, rozciętej dokładnie, głęboko, z namysłem. Już wtedy nieco dziwił się,
jak temu chłopakowi udało się zrobić to tak precyzyjnie, równo i skrupulatnie,
w tak krótkim czasie, jaki dawała mu sytuacja.
- Potrzebna
będzie jedna jednostka krwi. Ma jakieś dokumenty?
- Tak,
skontaktowaliśmy się już z rodziną. Ma grupę B.
- Co z nimi?
- Już tutaj
jadą.
Czyli miał
rodzinę i, o ile się nie mylił, najwyraźniej kochającą i troskliwą. Lekarz
zastanawiał się, dlaczego więc dzieciak to zrobił. Czego mu brakowało. Może tak
samo jak Tobias zachorował na miłość? Założył szwy, podał jednostkę krwi,
uzupełnił dokumenty na tyle, na ile pozwalała mu legitymacja szkolna chłopaka.
Będzie żył. Uratował go, mimo że tamten wyraźnie tego nie chciał.
*
Wysoka kobieta
stała razem z lekarzem przy drzwiach pokoju i przez okrągłą szybę przyglądała
się synowi. Po jej policzkach kilkakrotnie spłynęły pojedyncze łzy, jednak
szybko opanowała emocje, a przynajmniej nie pokazywała więcej, co wewnętrznie
przeżywa. Wyglądała na dostojną, dumną, a patrząc po ubiorze – również na dosyć
zamożną. Wydawała się być jedną z tych, które zawsze są eleganckie i
kulturalne. Jednak w takim momencie jak ten, gdy jeszcze do niedawna jej syn
był niemalże na granicy życia i śmierci, wiadomym było, że nie mogła pohamować
wszystkich emocji, nie mogła wyglądać na dumną i opanowaną, bo nie wypełniała
jej duma, a tym bardziej nie opanowanie. Była rozdarta. Widać było to po jej
spiętej twarzy, martwych oczach i zaschniętych łzach na policzkach.
- Dlaczego w
takim stanie trafił od razu tutaj? – spytała szeptem, nie zerkając na Tobiasa.
Wciąż wpatrywała się w nieruchomą twarz o delikatnych rysach, w twarz swojego
syna, leżącego w pokoju za drzwiami z okrągłą szybą i kurczowo ściskała granatową
kopertówkę.
- Takie mamy
procedury – skłamał gładko, zaciskając usta. Nie mógł przecież powiedzieć matce
pacjenta, że okoliczny szpital skierował go od razu tutaj, bo gardzą podobnymi
przypadkami. W zasadzie, Applegate nie rozumiał ich postępowania i obiecał
sobie, że po tym przypadku zacznie robić coś w sprawie szpitala. – Ale
zapewniam panią, że tutaj ma równie dobrą, jeśli nawet nie lepszą opiekę.
- Jak długo?
Jak długo tutaj pozostanie?
Mimo że
potrafił oszacować, znów pozwolił sobie nieco minąć się z prawdą.
- Trudno nam
to stwierdzić na ten moment. O tym, jak długo potrwa hospitalizacja zadecyduje
jego stan zarówno fizyczny, jak i psychiczny. Na pewno będzie wymagał
kilkutygodniowej terapii. Coś w końcu skłoniło go do tego, co zrobił…
Cameron
Shepard zakryła usta dłonią, próbując pohamować szloch, który wstrząsnął jej
ciałem.
- Nie
rozumiem… Przecież… Miał wszystko… Niczego mu nie brakowało. Wspaniałe oceny,
zainteresowania, ukochana osoba… I d-dlaczego nie przyszedł do mnie? Zawsze
przychodził, gdy coś się działo. Zawsze, wie pan? – W jej spojrzeniu
skierowanym na Tobiasa widać było tak silny ból, że mimo przyzwyczajenia do
podobnych sytuacji, wstrząsnęło nim to. Rozumiał ją. Ale skoro jej syn leżał
teraz podłączony do wszystkich tych kabelków wlewających mu do ciała substancje
wzmacniające, by mógł odzyskać przytomność, musiało być coś, o czym nie
wiedziała. Jeżeli faktycznie mówili sobie wszystko, coś jednak musiał ukryć.
Albo sytuacja będąca bodźcem do dokonanej przez niego próby samobójczej była
tak nagła, że nie zdążył się nią z nikim podzielić.
- Wierzę,
pani Shepard. I rozumiem, co pani czuje. Ale mogę obiecać, że cokolwiek go do
tego skłoniło i cokolwiek by się z nim nie działo, tutaj jest bezpieczny, a
nasz personel zrobi wszystko, by wyciągnąć go z problemów.
Mówił
prawdę. Czuł, że coś było na rzeczy, że mimo iż ten chłopiec był wzorowym
uczniem, synem i chłopakiem dla swojej dziewczyny, coś musiało się wydarzyć.
Coś, czego nie był w stanie udźwignąć. A on miał zamiar mu pomóc. Przecież po
to tu był. I kochał swoją pracę.
- Proszę –
pani Cameron wyciągnęła w jego stronę dłoń, w której trzymała białą, prostą
wizytówkę z jej imieniem, nazwiskiem, numerem telefonu i adresem e-mail. –
Gdyby coś się działo, gdyby się obudził albo czegoś potrzebował, proszę
zadzwonić.
Tobias
pochwycił ją i schował do kieszeni kitla, kiwając głową. Powoli odprowadził
kobietę do wyjścia, nie zamieniając z nią po drodze ani jednego słowa. Musiała
wszystko sobie poukładać, być może zrozumieć, dlaczego jej chłopiec to zrobił.
Potrzebowała czasu.
Przy
drzwiach obróciła się do niego i uścisnęła jego dłoń. Niezbyt mocno, jednak
najprawdopodobniej z całą siłą, jaką miała w tym momencie w swoim ciele.
Później skinęła głową, poprawiła marynarkę i wyszła, nie oglądając się. Nie
było jej łatwo.
Applegate
zamknął za nią drzwi wyjściowe, minął zaciekawionych pacjentów i wolnym krokiem
ruszył do pokoju pielęgniarek. Uzupełnił dokumenty, założył chłopakowi kartę,
zrobił opaskę na rękę z imieniem i nazwiskiem, po czym udał się do jego
pokoju.
Nie zauważył
żadnej zmiany. Podłączony do aparatury chłopak wciąż był blady, nieprzytomny - mimo
podanej krwi i kroplówek wzmacniających. Jego serce biło powoli, spokojnie,
regularnie. Ważnie, że w ogóle bije, pomyślał lekarz i założył mu
na rękę białą opaskę. Przyglądał mu się przez chwilę; jego gładkiej, spokojnej
twarzy, ciemnym, krótkim włosom i bladej skórze. Przez ostatnie wydarzenia
trudno było mu opanować emocje i coś w rodzaju bólu, które odczuwał gdy mu się
przyglądał. Ale te odczucia sprawiły, że założył sobie pomóc mu, jak tylko
będzie umiał.
Przyciągnął
krzesło i usiadł koło niego, wsłuchując się w rytmiczne pikanie aparatury. Nie
miał zamiaru się stąd ruszać, a przynajmniej nie szybko.
W końcu nie
wiedział nawet, ile minęło czasu, odkąd usiadł przy łóżku i zaczął wsłuchiwać
się w mechaniczne bicie jego serca. Pewnie musiała minąć dłuższa chwila, bo gdy
wyrwał się z zamyślenia, puls pacjenta był znacznie szybszy, a ciśnienie
wyświetlone na ekranie wyższe. Poczuł się pewniej, bo wiedział, że ten chłopak
będzie żył.
Jednak wciąż
coś trzymało go przy jego łóżku.
I słusznie,
że posłuchał tego i został. Niedługo później zauważył, że ciało młodego
drgnęło. Wstał, przyglądając mu się uważnie. Wybudzał się.
Chłopak
podniósł powieki. W pierwszej chwili był otępiały, jakby dostał w głowę czymś
twardym, zapewne powoli uzyskiwał ostrość widzenia i wracał mu słuch. Jego
stalowoszare oczy były puste i zimne, ale gdy zorientował się, gdzie jest, w
jednej chwili wypełniły się bólem większym, niż ten w oczach jego matki przed
kilkoma godzinami.
Zrozumiał,
że się nie udało. Że wciąż tutaj jest.
- Witaj,
Luke – odparł spokojnie Toby i uśmiechnął się delikatnie. – Jesteś w szpitalu.
Prześlij komentarz