étude of soreness

Lover, please stay.


12/25/2013 / 20:47 / ANN

It's better to push something away that's slipping, than to risk being dragged down.

            Luke siedział w gabinecie z widokiem na jezioro Pontchartrain, w którym na ścianie było namalowane wschodzące słońce z ogromnymi, pomarańczowymi promieniami. Drżał. Co chwilę zmieniał punkt, w który wbijał swój wzrok, ale Tobias jeszcze ani razu prócz dnia, w którym chłopak został tutaj przywieziony, nie został zaszczycony jego spojrzeniem. Spojrzeniem grafitowych tęczówek pełnych bólu i kapitulacji.
            Po kilku minutach utkwił wzrok w oknie. Słońce oświetlało mu twarz, padało na przycięte, czarne włosy. Był smutny, pełen bólu i niechęci do życia. Po chłopaku z opowiadań matki, żywym, wygadanym, pełnym pasji, nie było śladu. Nikt w szpitalu nie znał go od tej strony, a większość wątpiła, że kiedykolwiek w ogóle pozna. Nieudana próba samobójcza i nieznany jej powód nadal tkwiły w chłopaku, odbierając zdolność do normalnego życia, co było bardzo wyraźnie odznaczone w jego zachowaniu. Lekarze wiedzieli, że jeśli w niedługim czasie nie otworzy się przed nimi, nie będą w stanie jakkolwiek mu pomóc i z tego powodu żaden nie chciał zająć się jego przypadkiem.

            Ale przecież był jeszcze Toby. I nawet, gdyby nowy dostał sztab innych, chętnych pomóc lekarzy, pewnie nadużyłby stanowiska i nie dopuścił ich do niego. Tak jak sobie założył, wyciągnie go z tego. I już podejmował pierwsze próby.

            - Muszę od razu uzupełnić twoje dokumenty – odezwał się. – więc będę pytał, czy wszystko się zgadza. Czasem mogę zadawać dziwne pytania, ale takie są przepisy.

            Luke nie odpowiedział, nadal krajobraz Twin Spans wydawał się ciekawszy od lekarza, jednak nieznacznie skinął głową. Toby udał to za dobry znak, więc wziął dokumenty i długopis.
            - Nazywasz się Luke Garth Shepard, urodzony trzynastego lutego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego, czyli masz prawie osiemnaście lat. – pacjent pokiwał głową, zerkając na dłonie lekarza, zapisujące wszystko dość schludnym jak na przedstawiciela takiego zawodu pismem. – Mieszkasz na South Alexander Street pod numerem 279, zgadza się? – kolejne skinięcie głową oznaczało, że wszystko się zgadza. – Uczęszczasz do katolickiej szkoły dla chłopców, rodzice są rozwiedzeni, twoja mama wzięła ślub ponownie.
            Chłopak pokiwał głową po raz trzeci.
            - Teraz trochę z innej beczki: chorujesz na coś?
            - Nie.
            - Hm… Teraz tutaj. Masz tatuaże albo kolczyki?
            - Nie. Mogę już iść?
            - Chciałbym jeszcze z tobą porozmawiać, jeśli tylko jesteś gotowy.
            Applegate chciał jak najszybciej złapać okazję do rozmowy, nawet nieznaczącej, skoro chłopak zebrał się i wypowiedział w jego stronę choć kilka słów. Przypuszczał, że nie będzie tak łatwo jakby chciał, ale musiał próbować. Luke nieśpiesznie podniósł wzrok na twarz lekarza. Patrzył z obojętnością, ale prosto w jego oczy. Nie miał zamiaru uciekać od prawdy, po prostu nie był na nią gotowy. Jeszcze nie.
            - Jeśli chce pan wiedzieć, dlaczego to zrobiłem… 
            Nie skończył, jednak Tobias wyczuwał, że popłyną z jego strony kolejne słowa i cierpliwie milczał.
            - …To na pewno jeszcze nie jestem na to gotowy.
            - W porządku. Przyjdę do ciebie za jakiś czas.
            Pacjent skinął głową, podniósł się, naciągnął na dłonie rękawy za dużej bluzy i opuścił gabinet.
            Tobias nie wiedział, czy udało mu się coś między nimi przełamać, czy nie. Zamknął notes, schował kartę pacjenta i wbił wzrok w słońce na przeciwległej ścianie.


*

            W powietrzu unosił się zapach kawy i świeżo upieczonego ciasta, znikającego z wystawy bardzo szybko. Nie było zbyt wiele ludzi, zaledwie odcięta od reszty świta para siedząca przy oknie i ich trójka. Tego wieczoru w kawiarni „The Chariot” wyjątkowo nie było tłumów, a właścicielka, niska, ciemnowłosa Evren, przynajmniej miała chwilę czasu dla swoich ulubionych gości.
            Tobias siedział przy ladzie i powoli sączył kawę, od czasu do czasu zerkając na chłopców siedzących obok niego na wysokich krzesłach. Oboje, Kai i Vincent, zwyczajowo bawili się prototypami Forda T i Lancii Lambdy, które udostępniała im właścicielka, a jakie na ogół służyły tutaj do ozdoby.

            Uwielbiał tutaj z nimi przychodzić. Położona kilka ulic od szpitala kawiarnia Evren była jego odskocznią, jednocześnie nie będąc jego pracą. Co lepsze, prowadziła ją osoba mu bliska, ktoś, komu ufał, z kim mógł szczerze porozmawiać, dziewczyna, która znała go lepiej niż on sam siebie i nawet w najbardziej podłych chwilach umiała przywołać uśmiech na jego usta. Zdecydowanie pani cukiernik była osobą, z którą – jak często żartowali – byłby skłonny zostawić dzieci na co najmniej kilka godzin, a to świadczyło o dużym zaufaniu, jakim ją darzył.

            Para siedząca pod oknem podeszła do lady. Chwilę później, z uregulowanym rachunkiem opuszczali lokal, trajkocząc coś do siebie. Chłopcy wciąż bawili się obok niego. A on, niezmiennie tkwił w jednej pozycji, z filiżanką w ręce i nawet nie zmieniał punktu, w który się wpatrywał, uznając metalowe pojemniki na przyprawy do kaw za godne uwagi.

            - Co się dzieje, Toby? – Ev oparła się o blat naprzeciw niego, podpierając głowę rękami. Jak na kobietę przystało, szybko wyczuła, że coś jest na rzeczy, szczególnie, że z zachowania Tobiasa w takich chwilach można było czytać jak z otwartej książki.
            - Nic nowego. – Kłamstwo nie było w jego wykonaniu zbyt przekonujące, to trzeba było przyznać. Zazwyczaj łgał świetnie, ale nie w sytuacjach kryzysowych.
            - Przecież widzę.
            - Nic mi nie jest.
            - Nie kłam już.
            - Był u mnie w sobotę.
            Nie odpowiedziała, wiedziała, o co chodzi, aż za dobrze. W lokalu zapanowała niezręczna cisza, nawet chłopcy zamilkli zajęci zabawą. Tobias i Evren patrzyli sobie w oczy, jakby prowadząc niemą konwersację na temat tego, co zaszło podczas weekendu. W końcu spuścił wzrok i schował twarz w dłoniach. Ev już miała zamiar powiedzieć coś krzepiącego, ale zaczął mówić.
            - Przyszedł, znaczy… Szukałem go. – Wiedział, że zostanie zganiony za kolejną próbę powrotu do przeszłości, ale nie dbał o to. Chciał tylko to z siebie wyrzucić. – Wpadłem na niego w klubie… Przy dziewięćdziesiątej i Westwood Drive… Nie wiem, nie mam pojęcia czemu, ale uciekłem wtedy i… Przyszedł wieczorem. Obiecał, że wróci.
            - Skurwysyn…
            - A jeśli wróci? – spojrzał na nią zaszklonymi oczami, ignorując zaciśnięte wargi i obelgę, którą wcześniej wysyczała. – Jak ja mam się zachować, Ev?
            - Nie wróci – ucięła momentalnie. – On się stacza, Toby. Utknął w tym swoim pedalskim bagnie. Nie wróci. Powinieneś zapomnieć.
            Kolejna cisza, bynajmniej nie taka przyjemna. Wypuścił z ust powietrze, przecierając twarz.
            Wrócę. Obiecuję.
            Nie wróci. Powinieneś zapomnieć.
            - Pewnie masz rację – Odparł chłodno, prostując się. Opanował sytuację, jak na psychiatrę przystało. Spojrzał na synów, którzy właśnie obrali za nowe miejsce do zabawy jeden ze stolików, parkując miniaturowe samochody przy doniczce z różą. Ponownie przeniósł wzrok na przyjaciółkę. – Nie miał w zwyczaju spełniać obietnic… - Dorzucił gorzko, odstawiając pustą filiżankę, z której wcześniej wypił kawę do końca.
            - Nie roztrząsaj tego, proszę. – Mówiła słabo, po czym wzięła jego dłoń i ścisnęła ją. Była dobrą dziewczyną. Rozumiała go. Bardzo go rozumiała. – Po czymś takim powinieneś zamknąć ten rozdział i zostawić daleko za sobą.
            W jej oczach widział, że mówiła to, co naprawdę myślała. Miała rację. Powinien o tym zapomnieć. Powinien wziąć się w garść, zostawić to za sobą i znaleźć kogoś nowego. Ale Ev nie wiedziała, że dla niego to nie był rozdział. Cały związek mógł być rozdziałem dla Pheal’a. Dla niego był całą książką, jedną z tych, w których nie przewiduje się szczęśliwego zakończenia i odwleka się jej czytanie, by łudzić się, że fabuła potoczy się inaczej.
            - Spróbuję – Powiedział szczerze, odwzajemniając uścisk. Wtedy zabrała dłoń, a on zerknął po raz kolejny na dzieciaki. – Nie mogę się pozbierać i… zaniedbuję ich. Nie mogę taki być, Ev.
            - Cieszę się, że to widzisz. Chłopcy, chcecie jeszcze ciasta?
            - Pewnie, ciotka! – Vincent momentalnie znalazł się przy nich i wdrapał Tobiasowi na kolana. Mężczyzna, czując ciężar syna, poczuł ulgę. Nie było za późno. – Tata, oglądniemy dzisiaj bajkę?
            - Oglądniemy – pocałował chłopca w czoło, a ten uciekł, gdy tylko Evren podała mu talerz z kilkoma kawałkami sernika.
            - Myślę, że w tym wypadku nie jest jeszcze za późno, Toby. Oni… Są przecież dziećmi, a poza tym cię uwielbiają. – uśmiechnęła się szeroko. Patrząc tak na nią pokiwał głową. Miała tyle racji… Wystarczyło zapomnieć, zacząć od nowa i nie uciekać. Droga przez mękę.
            Ale przynajmniej miał tą dwójkę. Miał dla kogo.
            - Chłopaki, zbieramy się. – owinął szalik wokół szyi, zdjął z wieszaka kurtki synów. Już po chwili ubrani machali Ev, przekraczając próg.
            - Tata, chodźmy jeszcze do parku!
            - Pozbieramy kasztany?
            Wziął Kaia i Vincenta za ręce, uśmiechając się szeroko. Miał dla kogo żyć.


*

           Tobias spędził weekend w domu. Nie były to najłatwiejsze chwile, ale nie całą sobotę i całą niedzielę nie wyszli z mieszkania ani na sekundkę, oglądali bajki, gotowali, robili domki z koców na środku salonu i rysowali. Gdyby nie chłopcy, pewnie zwariowałby po kilku godzinach w tym miejscu. Każdy, najdrobniejszy szczegół przywoływał masę wspomnień, bynajmniej nie tych najmilszych. Każdy przedmiot miał w sobie echo życia, które prowadzili jeszcze miesiąc, dwa miesiące temu. Które prowadzili nie w trójkę, ale w czwórkę. Nie umiał o tym myśleć.
            Najgorsze chwile przychodziły wtedy, gdy siedział z synami na kanapie, w ciszy, a oni pytali go, dlaczego Pheala już przy nich nie ma. W tych dziecięcych pytaniach, na które praktycznie nie było właściwej odpowiedzi było tyle smutku, że czuł, jakby serce łamało mu się jeszcze raz. Sam nie wiedział już, co ma im mówić, jak ma im wytłumaczyć, że jemu też jest ciężko, cholernie ciężko z tym żyć. Z tym, że Pheala już przy nich nie ma i dlaczego tak jest. Chociaż tego drugiego mógł się tylko domyślać.

            Zdecydowanie, pytania były o wiele gorsze niż chwile, gdy zostawał sam i nie radził sobie z myślami. Myśli udawało się zagłuszyć, a pytań dziecka nie mógł zignorować. Nawet, jeśli sam nie znał na nie odpowiedzi i zadawał je sobie każdego ranka.

            Po tych czterdziestu ośmiu godzinach wspólnego śmiechu, zabawy, ale również refleksji i smutnych chwil, gdy cała trójka płakała, żal mu było budzić ich poniedziałkowego ranka i wysyłać do przedszkola. W szatni żegnał się wyjątkowo długo, przeciągając każdą czynność, czy to wiązanie butów czy drogę do sali. Pomogli mu przetrwać te dwa dni, nawet o tym nie wiedząc.

            Spóźniony przyjechał do szpitala, zwyczajowo wchodząc tym samym wejściem, witając się z panią Spindler przez szybę i otwierając z klucza tą samą ilość drzwi. Zanim jednak wszedł na klatkę schodową, gdzie wiecznie panował chłód, wrócił się pod salę numer osiemnaście, zaglądając przez okrągłe okno.
            Luke siedział na swoim łóżku, mimo, że było dość wcześnie, a reszta oddziału spała. Miał pokój zupełnie sam, więc Tobias bez obaw, że kogoś obudzi nacisnął klamkę i cicho wszedł do środka.
            - Dzień dobry – przywitał się, zamykając za sobą drzwi, po czym usiadł w nogach łóżka.
            Chłopak odwrócił wzrok od okna przysłoniętego niedbale żaluzją i spojrzał na niego, prostując się. Wyglądał bezapelacyjnie lepiej, niż przed weekendem.
            - A dobry? – spytał cicho, wyginając usta w dziwnym grymasie, mającym przypominać uśmiech.
            - Nieporównywalnie lepszy niż poprzednie, jeśli próbujesz się uśmiechać. – Pokój pacjenta wypełniało teraz więcej rzeczy, niż wcześniej. Pojawiły się ubrania, osobiste drobiazgi, sterty książek i słodycze, przywiezione zapewne przez rodzinę.
            Luke nie odpowiedział. Pokiwał tylko głową, kuląc nogi i naciągnął koc. Tobias dyskretnie zerknął na szwy porywające jego przedramiona, jednak nie widział ich dokładnie przez panujący w pokoju półmrok. Na razie nie prosił, by chłopak mu je pokazał, mimo ciekawości, jak się goją.
            - Jak ci minęły ostatnie dni?
            - Znośnie – Luke odrzucił koc i zsunął się na brzeg łóżka, siadając teraz obok lekarza. – Przyjechali rodzice, brat, przywieźli mi to – wskazał ruchem brody na stertę słodkości, by po chwili opuścić wzrok na kolana. – A pana?
            - Lepiej niż większość ostatnimi czasy.
            - To dobrze. – Tobias widział, że chłopak stara się kontynuować rozmowę najlepiej, jak potrafi.
            - Poznałeś już kogoś fajnego?
            - Nie za bardzo… - zawahał się, nerwowo jeżdżąc palcem wzdłuż jednej z zaszytych ran wystających spod rękawa. – Ja… Myślałem przez ten weekend… Nad tą rozmową. Z panem.
            Nie dał po sobie poznać, ale ucieszyło go to. Chłopak myślał nad jego słowami i prawdopodobnie chciał się przed nimi otworzyć. To było coś. Duże coś.
            - I jak?
            - Myślę… Myślę, że byłbym gotowy trochę porozmawiać.
            Tobias uśmiechnął się szeroko, wstając.
            - Przyjdź po zajęciach, Szczęściarzu* – powiedział i opuścił pokój chłopaka, udając się do swojego gabinetu.



***

* Gra słów: szczęściarz po angielsku to lucky, ale takie samo jest zdrobnienie od imienia Luke.

Wybaczcie mi proszę, że tyle mi to zajęło, ale sami rozumiecie - po powrocie ze szpitala miałam tyyle do nadrobienia, a teraz jeszcze święta... Jeszcze i tak czeka mnie zaliczanie... Z trójeczką postaram się uporać szybciej. A, no i właśnie, spóźnione wesołych świąt dla wszystkich! C:
A za szablon z całego serducha dziękuję Thoughtless, kc hejterze *:
comment

Blogger shino 25 grudnia 2013 21:02

Ach,
jak ja uwielbiam Twój styl pisania. Łaknę każde kolejne słowo, każde następne zdanie jest pocieszeniem dla mojej żądnej duszy. Czyta się lekko, Twoje piórko płynie równie zwinnie, aż serduszko się cieszy z takiego talentu.
Nic nie szkodzi, że tak długo. Czekałam cierpliwie jako stały czytelnik, a może nawet fan?
Z wytęsknieniem oczekuję kolejnych części.
Pokochałam Luke'a. Z niewiadomych przyczyn,
szczęściarz wydaje się teraz moim ulubionym bohaterem. Toby, ach, Toby też ma w sobie urok.
Yah,
w takim razie życzę dalszej weny.
Tulę mocno,
mogę dodać Wesołych Świąt? Chyba jeszcze nie jest za późno. ♡


Blogger Thoughtless 26 grudnia 2013 19:38

Ja też kc <3
Luke mnie ździebko przypomina. Niezdecydowane ździebko chłopię. Jeszcze z rozbitej rodziny. Widać, że życie dało mu nieźle w dupę skoro posunął się do samobójstwa. Zastanawia mnie jaki był konkretny powód, dlatego na ten nowy rozdział będę czekać niecierpliwie. Ba, coś mi mówi, że na gadu będę cię niedługo prosić o mały spoiler. Cóż, mimo wszystko jakieś tam swoje spekulacje już snuję. Jak to ja.
Weny, hejterze. Całej masy weny.
xoxo


Blogger Darsa 27 grudnia 2013 23:53

Ojej... No to jest piękne i się podniecam, jak głupia, bo chciałabym, aby Luke został naprawiony :C Chciałabym poznać źródło jego cierpień i wirtualnie mu pomagać w myślach. Czekam na następny rozdział, bo to zaczyna być jedno z moich najukochańszych opowiadań C:


Blogger world destroyer 28 grudnia 2013 16:43

wreszcie się wzięłam i przeczytałam! i nie było czego żałować, cudo, po prostu cudo ;___; taaak, teraz będę się zachwycać, ale co ją ci poradzę, że tak pięknie piszesz <3 sytuacja z Lukem powoli się rozwija, więc już się nie mogę doczekać na wyjaśnienie, co się z nim dzieje :cc w końcu to moja osobista postać, w którą się wczułam i jest mój :C
Nanu życzy mnóstwa weny <3

Prześlij komentarz



«
»