étude of soreness

Lover, please stay.


1/22/2014 / 20:46 / ANN

I said "hey, boy with one eye, I'll cut your little heart out cause you made me cry"*.

Wtedy, wczesnym rankiem, gdy lekarz opuścił jego pokój i chłopak na powrót został sam ze swoimi myślami, jeszcze długo zastanawiał się, czy podjął właściwą decyzję. Opuścił swój azyl tylko gdy zawołali go po leki do gabinetu zabiegowego, z rana, a później w południe. Posiłków odmawiał, na spotkanie szpitalnej społeczności nie przyszedł, zawinął się w swój koc, który przywiozła mu matka i odciął od świata, wpadającego do pokoju przez nadszarpnięty materiał rolety razem z promieniami słońca i nieodpartej chęci wykorzystania żyletki, którą nieświadomie przemycił w bluzie, w jakiej tutaj trafił. Nikt z personelu nie wpadł na to, że w spodnią część ubrania pacjenta, który dojechał tutaj niemalże martwy mogłoby być wszyte coś ostrego.
            Ale mimo, że w każdej chwili mógł wziąć ją i zrobić z niej użytek, odparł to. W zamian za to, gdy nachodziła go ochota, podwijał rękawy i oglądał niebieskie, sztywne szwy, jakimi pozszywane były jego rany, a które wrastały mu się w skórę. To także przynosiło jakiś ból, ponieważ pojedyncze szwy piekły i lekko krwawiły przy niektórych ruchach, więc postanowił, że to mu wystarczy i nie będzie sprawiał sobą jeszcze większego problemu pielęgniarkom i pielęgniarzom, a przede wszystkim doktorowi.
            I tak był już wystarczającym problemem na tym świecie.
            Gdy tak rozmyślał i analizował wszystko na około, przypomniał mu się lekarz i ich nieoficjalnie zawiązana umowa. Nie wiedział, czy przyjście do niego było dobrym rozwiązaniem, nie miał pojęcia, czy chciał z nim w ogóle rozmawiać, wyciągać i rozdrapywać to, co było, to, co przynosiło mu ból za każdym razem, gdy przemknęło mu przez głowę. Ale przecież powiedział, że przyjdzie. 
            Ta pochopna decyzja, że chce porozmawiać chyba po prostu wynikała z faktu, że w końcu chciał to wszystko z siebie wyrzucić. Wylać żale i smutki, cały ból jaki w nim tkwił od miesięcy, który pchnął go do próby samobójczej i przez który tutaj się znalazł. Właśnie, znalazł się tutaj. Był w szpitalu psychiatrycznym, z którego jak na razie i tak nie mógł wyjść. Był w miejscu, gdzie chcieli mu pomóc, gdzie go uratowali. Gdzie chociaż minimalnie czuł, że komuś zależało na jego życiu.
            Gdy grupa szkolna miała wrócić na zajęcia po obiedzie, a nauczycielki pukały do pokoi i wołały uczniów, wyszedł ze swojej sali, mimo, że jego nikt nie prosił i korzystając z okazji, że drzwi na klatkę schodową były otwarte, prześlizgnął się niezauważony na piętro. Z tego, co jakiś namolny pacjent powiedział mu w pierwszym dniu, nim znudził się jego szarą, nieciekawą osobą, właśnie tędy, tylko i wyłącznie można było dostać się do pokoi lekarzy i gabinetów terapeutów, jak i właśnie do szkoły szpitalnej. To ostatnie jak na ten moment nie bardzo go interesowało, był zbyt słaby, by wysiedzieć kilka godzin skupiony na nauce. Tak więc gdy znalazł się na korytarzu pełnym nieznanych mu drzwi, od razu poszedł dalej. Następne były sekretariat, pokój wspólny, pokój terapii i na samym końcu, tak jak przypuszczał, pokój doktora Tobiasa.
            Zatrzymał się. Oczywiście nie wszedł do środka od razu, jak zapewne powinien zrobić. Wciąż się wahał, wiedział, że jeszcze może się wycofać i choć spróbować wrócić niezauważonym do swojej sali na parterze, która chociaż w małym stopniu dawała mu poczucie bezpieczeństwa. Jednak nie zrobił tego. Nie miałoby to żadnego sensu. Ostatecznie, wewnętrznie tocząc ze sobą zaciętą walkę, zastukał i odczekał, nerwowo gryząc wargę od wewnątrz, po czym wszedł do środka.
            Od ostatniej wizyty w gabinecie lekarza nie zmieniło się nic, poza układem kartek na biurku. Zapach kawy przypomniał mu ich ostatnią rozmowę. Żałował, że już wtedy nie pozwolił do siebie dotrzeć. Zachował się jak szczeniak, sprawiając tylko kolejne kłopoty i zdawał sobie z tego sprawę.
            - Dzień dobry – powiedział zachrypniętym głosem i zamknął za sobą drzwi. Słońce niezmiennie wpadające do pomieszczenia sprawiło, że poczuł się nieco pewniej i choć trochę udało mu się zapanować nad narastającym strachem.
            - Witaj, Lucky. Chodź, siadaj – Tobias pozbierał kartki i włożył je do szuflady. Posłuchał i zbliżył się, zajmując miejsce na wygodnym krześle, naprzeciw biurka, jednocześnie nie spuszczając lekarza z oczu. Nie mógł zrozumieć, jak ten człowiek to robił; na jego nieco zmęczonej twarzy zawsze czaiła się radość. – Jak się dzisiaj czujesz?
            - Znośnie – odparł, tak jak rano, spytany o miniony weekend, kurczowo ściskając przydługie rękawy granatowej bluzy. Mimo to, powoli rozluźniał się i odprężał. Nie miał pojęcia, jakim cudem, ale ten gabinet tak na niego działał. Czuł, że tutaj może być sobą. Że z tym lekarzem może porozmawiać o wszystkim. – Od czego mam zacząć?
            Tobias zaśmiał się cicho i wydawało się, że był to szczery śmiech. Luke nie był psychologiem ani nikim takim, ale przez miesiące samotności, które spędził na obserwacji jednostek ludzkich, w pewnym stopniu nauczył się, jak rozpoznać fałszywą radość od tej prawdziwej.
            - Nie śpiesz się tak, mamy dużo czasu – powiedział mężczyzna, podnosząc się. – Chciałbyś coś do picia? – Lucky’emu przeszło przez myśl, że w taki sposób na pewno nie traktuje się każdego pacjenta i że lekarz chce, by ich rozmowa przebiegła dla niego jak najbardziej komfortowo. Opiekowali się nim. Podświadomie kiełkowała w nim radość z tego zainteresowania i troski. Pokiwał głową. – Na pierwszej rozmowie zawsze prosi się pacjentów, by opowiedzieli o sobie od początku. Nasi podopieczni zwykli nazywać to „historią życia” i na dobrą sprawę, to trafne określenie. – Spokojny głos lekarza kompletnie uspokoił go, a ich rozmowa powoli zaczęła przechodzić w całkiem naturalną. Historia życia, huh? Nigdy nie myślał nad swoją przeszłością w podobny sposób, ale skoro tak to wyglądało, musiał spróbować. – Myślisz, że jesteś na to gotowy?
            - Tak… Wydaje mi się, że tak – powiedział całkiem pewnie, a jego dłonie nie ściskały już rękawów tak kurczowo.
            - W razie potrzeby, możesz robić pauzy, mamy dużo czasu. Momentami będę ci przerywał, jeśli będę chciał zadać jakieś pytanie. – postawił przed Luke’m kubek gorącej herbaty i ponownie usiadł za biurkiem. – Zaczynamy?
            Znów pokiwał głową, sięgając po kubek, który od tamtej chwili trzymał przez bluzę, grzejąc sobie dłonie. Zacisnął usta, zastanawiając się, jak powinien zacząć. Było ciężko, ale utrzymywał spokój. Zerknął jeszcze na krajobraz za oknem, wziął oddech i zaczął.
            - Mama zawsze mówiła, że gdy się urodziłem, szalała burza śnieżna. Widziała w tym jakąś wskazówkę co do mnie, jednak ja nie zwracałem uwagi na tę okoliczność. W sumie dziwiło mnie to, jak odczytywała znaki nawet z pogody. To było niemądre, a przecież moja mama jest mądrą kobietą. Mimo to, zawsze podkreślała, że gdy przyszedłem na świat, na dworze panowała taka zawierucha, że gdy ojciec prowadził ją rodzącą do auta, nie widzieli nic prócz wszechobecnej bieli śniegu, który wpadał im do oczu. Teraz, z wiekiem, staram się przytaczać jej słowa, które kierowała do mnie, gdy jeszcze byłem chłopcem, staram się je rozumieć i jakoś ze sobą wiązać. A przecież jeszcze jakiś czas temu nie zwracałem na nie większej uwagi.
            Zauważył, że Tobias zanotował coś na czystej kartce papieru, ale Luke spuścił wzrok na kubek i skupił się na tym, co powinien powiedzieć. 
            - Z tego, co zawsze słyszałem, byliśmy szczęśliwą rodziną. Mama, tato, ja, pies i domek w małym miasteczku położonym kilkadziesiąt kilometrów od Nowego Orleanu. Może i nieduży, ale zawsze… swój. Rodzinny. W pewnym sensie tęsknię za wczesnymi latami swojego życia, za tamtymi chwilami i miejscami, w które chodziłem jako dziecko … Byłem chłopcem, któremu do szczęścia niczego nie brakowało i bez wątpienia były to jedne z najradośniejszych chwil w moim życiu. W końcu wychowywałem się i dorastałem wśród kochających rodziny i lojalnych przyjaciół.
            Mówili, że rosłem szybko. Z tego co sam widzę po zdjęciach, już jako kilkuletni brzdąc byłem całkiem pokaźnego wzrostu, a do tego strasznie chudy, czego nie dało się logicznie wyjaśnić, bo jadłem więcej niż przeciętny dzieciak w swoim wieku. Ale ten okres na szczęście szybko minął, tak samo jak przestałem rosnąć po jakimś czasie. Bardzo się z tego cieszę.
            Później, gdy byłem nieco starszy, poszedłem do szkoły, całkiem dobrej jak na dość niewielkie miasto jakim było Garyville. Nie byłem prymusem, co to to nie. Zaciągnięcie mnie do nauki graniczyło z cudem; preferowałem grę w piłkę i łażenie po drzewach. Pomyśleć, jak bardzo różnię się teraz od tego młodszego o dziesięć, czy jedenaście lat. Miałem przyjaciół, dokładnie dwóch. Doskonale pamiętam, byli braćmi bliźniakami, jednak mało do siebie podobnymi. Nazywali się Phillie i Elliot Hopkins, a nasze matki pracowały ze sobą. Razem chodziliśmy nad Missisipi, w sekrecie przed rodzicami omijając mniej ważne według nas zajęcia szkolne i przesiadywaliśmy tam całymi godzinami.
            - Czyli jako chłopiec nie byłeś samotny, ani nic z tych rzeczy – stwierdził Toby, odchylając się na krześle.
            - Nie, nie. Nic z tych rzeczy. Nie byłem jakoś bardzo lubiany i znany w szkole, ale miałem swoich przyjaciół, kilkoro znajomych i tak zostało przez całą podstawówkę. W sumie na tym okresie kończy się sielanka. 
            - Co chcesz przez to powiedzieć?
            Upił łyk herbaty i spojrzał przelotnie na lekarza. Powoli zaczynał wchodzić w najtrudniejszą część swojej opowieści. Miał powiedzieć mężczyźnie, jak to wszystko wyglądało. Miał zdradzić mu szczegóły, które chował w sobie od dawna, które go zniszczyły i niszczyły go na dobrą sprawę do dnia dzisiejszego. Po raz pierwszy w życiu natrafił na okazję pozbycia się z siebie każdej negatywnej emocji i podzielenia się z drugą osobą tym, co go bolało, trapiło, spędzało mu sen z powiek… I mimo, że bał się tego, że nie chciał rozdrapywania zagojonych ran, mimo, że nie chciał do tego wracać… Wiedział, że musi. Że to zrobi, bo gdy już będzie po wszystkim, poczuje ulgę, jakiej nigdy nie dały mu żyletki, tabletki, przypalanie swojego ciała, ani inny człowiek. Będzie od tego wolny i nigdy więcej nie zostanie przez to usidlony. Odstawił do połowy pusty kubek z herbatą na biurko mężczyzny, ponieważ jego dłonie trzęsły się niebezpiecznie i zaczął mówić.
            - Wszystkie problemy zaczęły się wraz z pójściem do liceum. Pojawiły się spięcia w domu, w efekcie czego każdego dnia były kłótnie i trzaskanie drzwiami. Z początku nie wiedziałem o co chodzi, ale jak się później okazało, ojciec dowiedział się, że mój trzyletni wtedy brat, Gilbert, nie jest jego synem i po prostu nas zostawił. Do liceum poszedłem już tu, w Nowym Orleanie. Mama zabrała nas i wprowadziliśmy się do jej nowego partnera. Nie byłem zachwycony, na dobrą sprawę rozłąka rodziców to był dla mnie szok, ale… Nie mogłem nic zrobić. Ojciec nawet nie utrzymywał z nami kontaktu od tamtej pory. Gdyby nie Damien, mój ojczym, chyba już wtedy załamałbym się całkowicie, mimo, że miałem niespełna trzynaście lat. Mimo, że przecież nie musiał, traktował mnie zawsze na równi z bratem, jak własnego syna. Zawsze. Momentami mam wrażenie, że interesuje się mną bardziej niż mój własny ojciec.
            - Od tamtej pory miałeś jakiś kontakt z twoim biologicznym ojcem? Widzieliście się?
            - Raz. Przyjechał w ubiegłe święta, ale nie mieliśmy nawet o czym rozmawiać. Od tamtego czasu dzwonił sporadycznie. Ale to już nie było ważne, widać, że robił to na siłę.
            - Mówiłeś, że gdyby nie twój ojczym, już wtedy byś się załamał… Czyli problemy jako tako zaczęły się później?
            Spojrzał na lekarza. Jeśli Tobias przyglądnął mu się w tej krótkiej chwili, na pewno zauważył, że zanim z powrotem spuścił głowę, po jego twarzy przebiegł cień obawy. Widać było, że to był ten moment. Że teraz opowie o czymś, o czym nikt poza nim nie słyszał nigdy i prawdopodobnie już nie usłyszy.
            - Tak – powiedział cierpko, jakby z niechęcią. – Wszystko zaczęło się mniej więcej dwa lata temu. Wtedy zrozumiałem, że moja mama miała rację, łącząc mnie z tym mrozem, który panował, gdy przychodziłem na świat. Tracąc przez przeprowadzkę niemalże wszystko, co w swoim życiu zbudowałem stałem się chłodny i wycofany. Nikt praktycznie nie był w stanie do mnie dotrzeć, nie miałem przyjaciół, w klasie stałem się wyrzutkiem, nie wychodziłem z domu… Zaczynał się najgorszy okres w moim życiu, ale jeszcze wtedy o tym nie wiedziałem. Uświadomiłem sobie to dopiero później, gdy każdy nowy dzień był koszmarem i przynosił kolejne rany, kolejne łzy i kolejną niechęć. Po prostu koszmar.
            - I tak było aż do zeszłego tygodnia? Nie dałeś rady z tym wszystkim?
            - Nie, to był dopiero początek. A później… Później poznałem Castora.

***


*I said "hey, boy with one eye, I'll cut your little heart out cause you made me cry" - w oryginalnej piosence Florence jest girl with one eye, ale jako, że taka zmiana sprawiła, że cytat bardziej odnosił się do tematyki, pozwoliłam sobie ją wprowadzić.

Witam i kłaniam się nisko. Wiem, wiem. Znów poślizg. Znów czekaliście. Niestety, poza szkołą nie mam nic na usprawiedliwienie mojego lenia. Ale spróbuję się poprawić.

Coś na zachętę - jako, że 28 marca mam urodziny (sweet sixteen, yaay) - mam dla Was mały prezent. A mianowicie, odpowiem z miłą chęcią na Wasze pytania związane z Étude of Soreness, wliczając drobne spoilery. Jeśli ktoś byłby chętny - najlepiej wysyłać pytania pod tym postem, ale przyjmę również te, które otrzymam drogą prywatną, m.in. przez twittera. Postaram się odpowiedzieć na każde, ale jeśli zaskoczy mnie ich ilość, mogę niektóre pominąć. Enjoy 
comment

Blogger Darsa 22 stycznia 2014 22:02

Po przeczytaniu tego posta uświadomiłam sobie, że moim pragnieniem zdecydowanie nie jest poznanie treści na podstawie krótkich spojlerów. Zaczyna się cudownie, pięknie i czuję, że pokocham to opowiadanie całą sobą, bo odszukuję w tych postaciach takie kryształki rozbitego szkła, jakie utkwiły w moim sercu. To jest niesamowite, że identyfikuję się z postaciami, które wykreował ktoś inny niż ja, a taka sytuacja graniczy z cudem.

Pragnę coraz więcej tej historii i czekam ze zniecierpliwieniem na kolejne rozdziały :3


Anonymous Anonimowy 23 stycznia 2014 17:47

a co tu za piękny twór mamy? <3 bardzo mi się podobało, bo w końcu dowiadujemy się co z Lukiem, ale... urwałaś w najważniejszym momencie, fella D: ja chcę wiedzieć, co dalej :c ale nic, ładnie napisanie, skarbie, weny na kolejny odcinek <3
~Nana (z anonima, bo mi się nie chcę logować XD)


Blogger Darsa 31 stycznia 2014 13:57

Mam pytanko, które wczoraj przed snem zrodziło się w mojej główce. Czy jest jakakolwiek szansa, że Luke w przeszłości miał jakiekolwiek powiązanie z Phealem? I czy ta postać będzie miała znaczacy wpływ na przebieg dalszych wydarzeń, czy należy jedynie do przeszłości, o której jednak warto wspominać, aby lepiej poznać Tobiasa? :D

Prześlij komentarz



«
»