- Dlaczego? Nie łatwiej znaleźć problem u kogoś, niż u siebie?
- Z początku nic nie było nie tak – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Nie wiem jak mi się to udało, ale po jakimś czasie naszej znajomości powiedziałem mu co czuję. Pamiętam, że to był ogromny wyczyn dla mnie i gdy powiedział mi, że czuje to samo, byłem chyba najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Moja rodzina całkowicie nas zaakceptowała – on ze swoją od kilku miesięcy nie utrzymywał kontaktu, więc nie zmienialiśmy tego. Moja mama nie posiadała się z radości. Trudno było mi przyjść do niej, to brata, do ojczyma i wyznać im coś takiego, ale jakoś dałem radę. Problemy zniknęły na kilka tygodni, nie liczyło się nic poza nim, poza wspólnymi próbami w teatrze, poza jego głosem, jego grą na skrzypcach i jego dotykiem. Smutki, nawet gdy jakoś przebijały się do mojego nowego świata, odchodziły w niepamięć, gdy brał mnie w ramiona. Nigdy nie byłem szczęśliwszy, naprawdę. Nigdy. – sam się sobie dziwił, jakim cudem udawało mu się opowiadać o tym wszystkim ze spokojem, bez drżenia rąk, głosu, skoro jeszcze kilkanaście godzin temu na samą myśl, że będzie należało o tym powiedzieć lekarzowi, robiło mu się niedobrze. Podświadomie chyba faktycznie czuł, jak robi mu się lżej. Stopniowo uwalniał z siebie wszystko to, czemu nie pozwalał nigdy wcześniej opuścić ścian jego własnego umysłu. – Później wszystko posypało się niemal z dnia na dzień. Najpierw mój ojciec. Gdy dowiedział się o naszym związku, o mnie i o tym, że mama nie ma nic przeciwko temu, wpadł w szał i nie zważając na to, że są święta, zrobił w domu ogromną awanturę. Później między nami coś zaczęło się psuć, a moją codzienność znów zaczęły wkradać się gorsze dni, aż w końcu nie byłem w stanie wyjść z łóżka. Całymi dniami leżałem zawinięty w kołdrę, odcięty od świata, jak kilka miesięcy wcześniej. Przychodził, z początku bardzo często, później coraz rzadziej. Zdarzało się, że zostawał na noc, ale gdy pewnego razu pomylił moje imię, nasze relacje oziębły niemal całkowicie. Jeszcze wiele razy, śpiąc przy mnie wymawiał to imię, z taką czułością, jakiej nigdy nie miał w głosie zwracając się do mnie. Ale to szybko przestało mnie boleć i myślę, że gdyby tylko chciał, mógłbym się tak nazywać. Wszystko, byle tylko został. Byle nie odszedł i nie zostawił mnie samego. Ale to wszystko było na nic.
Po spotkaniu z Lucky’m Tobias miał przewidziane jeszcze kilka rozmów z innymi pacjentami. Jednak gdy chłopak opuścił gabinet, potrzebował krótkiego czasu dla siebie, chwili na przemyślenie tego, co właściwie usłyszał, przeanalizowanie i ułożenie sobie w głowie. Historia nie należała do kolorowych i widział to. Nieświadomie przyrównał ją do własnej, jakby szacując w jakim stopniu były do siebie podobne. Niestety, nie łączyło ich prawie nic, z wyjątkiem jednego. Oboje chorowali na miłość.
Darsa ✏ 8 lutego 2014 18:58
A to ja mam tylko takie pytanie, może przejdzie XD, czy między głównymi bohaterami się coś poważniejszego zawiąże? Niby odpowiedź może być oczywista, ale także może i nie być |DDDDD
Oczywiście ponownie się zachwycę na lekkością stylu Twojego pisania, bo jest niewiarygodny. Jak piórko niesione przez wiatr. To mnie wciąż szokuje. Nigdy przy czytaniu niczyich rozdziałów, czas nie zlatywał mi tak szybko ♥
world destroyer ✏ 8 lutego 2014 19:33
przeczytałam to w 5 minut, normalnie :c napisz jakąś bardzo długą epopeję, to zobaczę czy też tak szybko mi pójdzie, ok |D no i oczywiście bardzo ładnie napisane, mam zachwyt jak zawsze<3
a, i ja mam pytanie! ile lat ma Pheal, a ile Tobias? ;__:
Hallucinatie ✏ 8 lutego 2014 21:16
kochamtokochamtokochamto. ♡ i nie mam żadnych pytań. :3 chyba, że... w czasie czytania ogółem nie wyłapałam imienia i wieku jego brata, więc może o to mogę zapytać... ^^' ale jeśli gdzieś to pisałaś to przepraszam.

Prześlij komentarz