3/01/2014 / 22:02 / ANN
„Wiem,
że w pewnym sensie każdy krok, jaki zrobiłem, od chwili gdy
nauczyłem się chodzić, był krokiem do Ciebie...”
Deszcz
dudnił o metalowy dach opuszczonej fabryki, a mnie z każdym uderzeniem przepełniał
coraz większy strach. Nie wierzyłem w to, co się tu działo. Po prostu nie. Nie
potrafiłem przyjąć do wiadomości wszystkich faktów, które przytłaczały mnie z
minuty na minutę ze zdwojoną siłą. Moje ciało trzęsło się. Nie wiedziałem czy z
zimna, czy może ze strachu, ale nie hamowałem tego. Nie miałem na to siły. Łzy
spływały po moich bladych policzkach od jakiegoś czasu, ale ich również nie
starałem się powstrzymać. Żaden mój ruch nie miał w tej sytuacji sensu.
Kilka
metrów ode mnie leżały zwłoki Laramie’go, a spod nich wyłaniała się kałuża
krwi. Poszedł na pierwszy ogień. Dalej leżeli pozostali. Większość z nich
również była martwa - część żyła i umierała ze strachu zupełnie jak ja.
Zwinąłem się w kłębek. Nie musieli ginąć. Wiedziałem, kto był winien. Wiedziałem,
kto zdradził, ale moje struny głosowe kategorycznie odmawiały współpracy.
-
A ty, skarbie, co masz do powiedzenia? – Ze swoją Berettą 98 stanął przed
Duilio, celując w niego. Skuliłem się. To była rzeź. Wiedziałem, że to kiedyś
nastąpi, ale pod żadnym pozorem nie chciałem być na przegranej pozycji. Nie po
tym wszystkim, co ze sobą przeszliśmy. Zacisnąłem powieki.
Wspomnienia wypełniły moją
głowę, mimo że nie chciałem ich w tamtym momencie. Chwilę później, jak na
zawołanie, spragnione usta mężczyzny brutalnie atakowały moją szyję, raz po raz
- czasem czule i subtelnie, czasem szybko i brutalnie. Nawet gdybym chciał,
ręce plątały mi się do tego stopnia, że nie byłbym w stanie odepchnąć go od
siebie. Jednak w tamtym momencie nawet nie chciałem. Próbowałem patrzeć na
niego, szukałem go wzrokiem, ale nie widziałem, jakbym nagle oślepł; przed
oczami miałem tylko otulony dymem tłum i światła kolorowych reflektorów. Nie
umiałem skupić się na niczym, bo te usta, cholernie wilgotne usta, dekoncentrowały
mnie, gdy tak beztrosko rozpoczynały kolejne wędrówki po mojej szyi i karku.
Padł strzał, który pozwolił mi
kompletnie powrócić do rzeczywistości. Brutalnej. Nie byłem gotowy wracać.
Otworzyłem oczy, mrugając szybko. Znów byłem w śmierdzącej wilgocią fabryce ze
ścianami przeżartymi rdzą sprawiającymi wrażenie tak słabych jak domek z kart,
który zawali się przy delikatnym dmuchnięciu. Widziałem go, kucał przy Duilio,
a Duilio umierał.
Stukot, który wydawała jego
piękna, nierdzewna Beretta, gdy wkładał w nią kolejne naboje powoli zmieniał
się w rytmiczne uderzenia kół pociągu.
Coś
się działo, Duilio krzyczał. Umierał? Pewnie tak. Wiedziałem o tym nawet w
obecnym stanie. Ale nie obchodziło mnie to, byłem daleko. W dusznym klubie z
jego ciałem przy swoim, z jego ustami złączonymi z moimi. Mimo że wielokrotnie
niby traciliśmy grunt pod nogami, mimo że raz widziałem pojedynczo, raz podwójnie,
a innym razem zdawało mi się, że nie widzę wcale – wiedziałem, że to tylko
wspomnienie, cholernie rzeczywiste, zmieszane z tym, co działo się naprawdę i
tym, co już się wydarzyło. Wokół mnie, poza wykreowanym przez umysł światem,
rozpętało się istne szaleństwo. W miarę trzeźwo odbierałem bodźce, ale wciąż
miałem wrażenie, że tak naprawdę widzę ocierających się o naszą dwójkę innych
imprezowiczów, odbierałem głos osoby, która śpiewała piosenkę. Ale nie
potrzebowałem jakiegoś odległego, śpiewającego głosu, gdy czarnowłosy był tak
blisko, gdy szeptał mi teksty piosenek do ucha... To było piękniejsze niż każdy
utwór i, mimo że mięknące kolana można by wytłumaczyć stanem upojenia, wiedziałem,
że tamtego wieczora, tamtej nocy, one miękły pod wpływem jego zapachu, dotyku
ust, szeptów... Nakręcały mnie do tego stopnia, że wszystko kotłowało się we
mnie, próbując znaleźć sobie jak najszybsze ujście. Wiedziałem, jak je uwolnić,
ale coś mnie przed tym powstrzymywało.
-
To nie m-my... Nie j-ja. – To były
jego ostatnie słowa. Nie mógł powiedzieć już nic więcej. Nigdy. Zorientowałem
się, że nie został nikt poza nami. Tylko ja i On. Patrzył mi prosto w oczy z
żądzą mordu i zemsty. Tak jak nigdy nie powinien na mnie patrzeć.
Żadne z was nie wyjdzie stąd żywe,
jeśli się nie przyznacie. Rozumiecie?! Żadne!
Krzyknąłem,
ponieważ chyba to było dla mnie za dużo. Jego głos w mojej głowie, przysięga,
którą nas powitał jeszcze kilka godzin temu, dudniła mi w głowie jeszcze długo.
Bałem się, to było chyba oczywiste. Bałem się człowieka, przy którym do
niedawna nie wyobrażałem sobie, by się bać. Bałem się mężczyzny, który jeszcze
niedawno obiecywał tak wiele.
-
Nie krzycz – zażądał, a ja tylko
skuliłem się bardziej i kolejne łzy spłynęły mi po policzkach. Spojrzałem na
niego. Przyglądał mi się bez głębszych uczuć, a jedynie z pogardą. To
spojrzenie mówiło wszystko. Byłem dla niego nikim. Kolejną osobą do
zastrzelenia. Ostatnim, którego śmierć miała zakończyć tę rzeź. Ale nie mogłem
przestać patrzeć mu w oczy, które powiedziały mi wszystko.
Oczy
są zwierciadłem duszy, prawda?
-
Wiesz, co teraz się stanie...? –
Miałem wrażenie, że pytał, ale to nie było pytanie. Wiedziałem, doskonale
wiedziałem. Czułem, że celowo zostawił mnie sobie na koniec, jednak nie
potrafiłem odgadnąć, jaki miał w tym cel. Po co. Dlaczego mi to robił. Ale w
końcu byłem dla niego nikim. A on był lisem. Jego pseudonim nabrał dla mnie
sensu.
Mówiłem ci kiedyś, dlaczego tak mnie
nazywają? – Zaśmiał się – To bardzo długa historia. Widzisz, nie zawsze z nimi współpracowałem.
Kiedyś byłem młody. – Pomyślałem wtedy, że przecież wciąż jest młody,
chciałem nawet przerwać mu i to powiedzieć, ale zrozumiałem, że chodziło o coś
innego. – Byłem nawet młodszy od ciebie,
gdy to się zaczęło i nie miałem wyboru. Żyłem z dala od rodziny, próbowałem
sobie radzić, chciałem pokazać ojcu, że nie potrzebuję jego pieniędzy, by przeżyć.
Studiowałem na własny koszt - daleko od kraju i rodziny, której nienawidziłem. Musiałem
zarabiać na czesne i na życie, a nie należałem do osób, które umieją
oszczędzać. Zacząłem sprzedawać prochy. Najpierw w niewielkich ilościach,
później już coraz więcej. Nie zawsze płacili na czas, a uczelnia nie znosiła
zwłoki. Musiałem pożyczać. Nie wiem nawet, jak to się stało, ale zadłużyłem się
u niewłaściwych osób. Tak przynajmniej myślałem wtedy. Teraz wiem, że to było
moje przeznaczenie. – Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Często uśmiechał
się do mnie w ten sposób. – To była
mafia, wy. Capo wiedział, że nie jestem w stanie oddać tych pieniędzy, ale
dostrzegł we mnie „to coś”. Szkolili mnie długo, ale nie brakowało mi zapału i
bezwzględności. Z czasem pojawiła się również siła. Wróciłem do Francji, będąc
jednym z trzech żywych filarów, trzymających Orchideę. Zabijałem złych ludzi,
werbowałem dobrych. Francja była odpowiednim miejscem; czysta i niepozorna.
Szło dobrze. Miałem wtedy zupełnie czerwone włosy, a któryś z żołnierzy
zapomniał mojego imienia i zawołał po prostu „Hej, Lisie, sprawdzamy ten
teren?”. Lis. Pasowało do mnie idealnie. – Parsknąłem. Był przecież tak
dobrą osobą, że niemal nie wierzyłem w to, co mówi. Lis. Te zwierzęta były
fałszywe i przebiegłe, a On… On był dobry. Na pewno sprytny, ale jednocześnie
miał w sobie dobro, które mnie do niego przyciągnęło, pozwoliło mi spostrzec go
pośród innych, złych żołnierzy mojego taty. – Twój ojciec zaśmiał się, gdy usłyszał, że tak na mnie wołają, ale
wiedziałem, że mu to odpowiada. Ufał mi od tego momentu jakby bardziej, mimo że
faktycznie mogłem być lisem pośród jego owieczek - obcy i przebiegły. Ufał mi,
bo Duilio i Laramie również to robili. A jeśli żołnierz ufał drugiemu, to Capo
też mógł.
Zbliżał
się do mnie, a ja wciąż myślałem nad tym, co powiedział wtedy. Wiedział, że
wierzyli mu. Wierzyli w każde jego słowo. A on zabił ich. Zamknął nas jak
kanarki w klatce i skręcał każdemu z nas kark. Aż został mu ostatni, zostałem
ja.
-
Wiesz doskonale. Ale nie masz pojęcia,
dlaczego zostawiłem cię na koniec, lièvre
– na jego ustach malował się uśmiech wyższości. W innych okolicznościach
pociągało mnie, gdy kierował do mnie francuskie słowa, ale jedynym, co czułem
teraz, był przerażający strach. Błagałem własny umysł, by znów otumanił mnie
wspomnieniami z tamtego wieczora w klubie, ale zamiast tego, o co prosiłem,
otrzymałem coś zupełnie innego.
Nie
byłem już w fabryce, byłem w swoim przedziale, wychylając się przez okno
wychodzące na dworzec. Zajeżdżaliśmy, a koła zaczynały piszczeć. Na widok
czarnowłosego, czekającego na mnie na peronie, uśmiechnąłem się, a ciepły,
letni wiatr rozwiał mi włosy.
- Tęskniłem, lièvre – odparł i przytulił mnie mocno. Zapach jego
perfum przez chwilę sprawił, że zrobiło mi się słabo, ale szybko wróciłem do
siebie. Wziął moją torbę i opuściliśmy dworzec, by na wiele dni i godzin zaszyć
się w jego mieszkaniu, w centrum Paryża.
Tamtego
dnia po raz pierwszy nazwał mnie w ten sposób. Lis i zając, czy nie było to
absurdalne?
Wróciłem.
Usiadł naprzeciw mnie i położył pistolet obok siebie. Był odbezpieczony i
spoczywał podejrzanie blisko mnie. Jakby chciał pokazać mi, że mogę zastrzelić
go w każdej chwili przy odrobinie refleksu. Patrzył na mnie, a w jego oczach
malował się teraz niemy rozkaz. Oczekiwał po mnie tego samego. Był stworzony do
władzy.
Wyprostowałem
się i usiadłem, jednak odsunąłem się w tył. Nie był tym zachwycony. Na pewno
chciał zacząć swój monolog, specjalny, skierowany tylko do mnie, który
podsumowałby strzałem, ale nie pozwoliłem mu, w najgłupszy z możliwych
sposobów.
-
Dlaczego? – spytałem słabo, a
właściwie wyszeptałem. Bałem się jego reakcji, nie byłem w stanie przewidzieć,
jak teraz zareaguje. Mógł zrobić naprawdę wszystko, mój los był w jego rękach,
Beretta mimo wszystko była bliżej niego. Bo przecież broń nie zabija sama z
siebie. Zabija człowiek, używając jej. – Nie
byłeś t-taki. Nie t-takiego Émiliena znam.
-
A znasz mnie? – uniósł brwi. – Zasada numer jeden; nie patrz na mnie przez
pryzmat przeszłości, bo już w niej nie żyję.
Zabolało,
ale nie dałem tego po sobie poznać, mimo że ledwo znajdowałem siły na ukrywanie
emocji.
-
A szkoda. – Wytarłem twarz i
przysunąłem się nieco. Miałem ochotę uderzyć go, ale nie alenie znalazłem w
sobie tyle odwagi. Na dobrą sprawę, w tym momencie wcale jej nie miałem. Od
zawsze byłem słaby, ale dopiero dziś, w obliczu takiej rzezi, w obliczu
nadchodzącej śmierci odwlekanej złośliwie, poczułem to najdotkliwiej. – Bo myślałem, że cię znam. Najwyraźniej się
pomyliłem.
-
Najwyraźniej. – Po jego twarzy
przemknął delikatny uśmiech, który miałem ochotę zetrzeć z niej jednym, mocnym
uderzeniem. Tak uczyli mnie od dzieciaka, nie zważając na moją słabość; jeśli
ktoś śmieje ci się w twarz, spraw, by nie było mu do śmiechu.
-
Więc tak wygląda twoje na zawsze? – kolejne wspomnienia
chciały wedrzeć się do mojej głowy, ale musiałem z nimi walczyć, nie mogłem
teraz odpłynąć. Chciałem przekonać się, jak zareaguje. Czy ma w sobie chociaż
garść uczuć.
Wstał,
nie dając sobie spojrzeć w twarz, ale nie podniósł broni. Podszedł do Laramie,
przykucnął i patrząc na mnie, wskazał na jego bezwładne ciało.
-
Na zawsze? Powinieneś wiedzieć, że
jedynie śmierć może być na zawsze. Nic więcej.
-
Przestań ze mną grać! – krzyknąłem z
rozpaczą, próbując nie płakać, a Beretta w jednej sekundzie znalazła się w
moich rękach - skierowana w jego stronę. Ranił mnie, ranił mnie straszliwie i
wiedział o tym. Chyba nie przewidział jednak mojego ruchu, ale nie wydał się
zaniepokojony tym, kto teraz miał broń. Na pewno miał w zanadrzu jakiś plan.
-
Nie gram. Próbuję zrozumieć, co ty sobie
wyobrażałeś. Ja nie kocham, Shade. Nie potrafię kochać i nie powinno cię to
rozczarować. To były tylko słowa.
-
Ty chuju… - zacisnąłem usta,
położyłem palec na spuście. Łzy lały mi się po twarzy, bo nie miałem dłużej sił
by je powstrzymać. Oszukał mnie. Bawił się mną przez te wszystkie miesiące,
tygodnie. Byłem jego zabawką, laleczką, którą wyjmował z pudełka, nienaruszoną,
by pobawić się nią, gdy przyszła mu na to ochota. Gdybym był tak podły, jak być
powinienem, gdybym nie był zaślepiony uczuciem, zabiłbym go, bo miałem do tego
prawo. Zabił moich braci, a może i siostry? Zabił Duilio i Laramie. Zabił
innych żołnierzy mojego ojca. Nie był godzien być jednym z nich, a na pewno nie
zasługiwał, by żyć.
-
Nazywaj mnie jak chcesz. Powiedziałem ci
prawdę. – Powolnymi krokami zbliżał się do mnie, ale zwolnił, gdy
wycelowałem zupełnie na poważnie.
-
Nie powiedziałeś. Kłamiesz, okłamujesz
samego siebie, bo musisz mnie sprzątnąć. Powiedz mi to, a sam się zabiję!
-
Nie musisz. – Był na tyle blisko, by
wziąć w dłonie moje dłonie, zaciśnięte na broni i przyłożyć sobie spust do
klatki piersiowej. Teoretycznie wiele ryzykował, ale ja w odróżnieniu od niego
nie byłem kłamcą i wiedział o tym. Ja kochałem go tak, jak nigdy nikogo i nie
potrafiłbym go zabić. – Zastrzel mnie, a
wszystkim ulży.
Nie
potrafiłbym, ale chciałem pokazać mu, że pewność siebie nie zawsze popłaca. Nie
udało mi się. Zostawiłem broń w jego dłoniach i osunąłem się na podłogę, kuląc
się. Od zawsze zdawałem sobie sprawę ze swojej beznadziejności i
bezużyteczności, od zawsze byłem słaby i nie chciałem strzelać, a gdy dowiedziałem
się, że miałbym być głową Orchidei po śmierci ojca, wpadłem w histerię. Wiecznie
wysłuchiwałem, że do niczego się nie nadaję, a te słowa powtarzane jak mantra
utkwiły mi w głowie i wyryły ślad na mojej psychice. Trwały ślad. Jego
toksyczne skutki ustąpiły dopiero, gdy poznałem Émiliena. Wierzyłem w każde
jego słowo, wierzyłem w każde kocham cię
i każde na zawsze. Ale nawet dla
niego byłem nikim, nawet dla niego nic się nie liczyłem.
-
Przyznaję, podobasz mi się, choć może to
zbyt mocne stwierdzenie – zaczął, siadając obok i głaszcząc mnie po
włosach. Uwielbiałem, gdy to robił. Jego delikatne dłonie zawsze mnie
uspokajały. Pod wpływem pieszczoty zapomniałem nawet, że to właśnie te
delikatne, chłodne dłonie trzymały broń, od której zginęli moi bliscy. – W każdym razie, od początku miałem do
ciebie jakąś słabość, a to z mojej strony naprawdę wiele.
-
Odpychasz od siebie wszystkich, Émilien.
Odpychasz ludzi od siebie, bo gdy już cię znienawidzą, możesz ich zabić i mniej
boli cię ich strata. Ale tym razem ci się nie udało. Nie wiem, kogo jeszcze zabiłeś, ale mam to gdzieś. –
podniosłem głowę i spojrzałem na niego. – Nie
dbam o to. Nigdy nie przestanę cię kochać.
- To błąd –
przyznał, ale widziałem, jak mięknie. Przestawał być lisem, przebiegłym i
zabijającym z wyrafinowaniem. – Nie
jestem dla ciebie właściwą osobą.
-
Sam jestem w stanie to stwierdzić. –
Po tych słowach zrobiłem najgłupszą rzecz, na jaką tylko w tej chwili było mnie
stać i ostatkiem sił wtuliłem się w niego, wybuchając płaczem. Miał broń. Mógł
mnie zabić. Byłbym szczęśliwy ginąc w jego ramionach.
-
Mógłbym się kłócić – zaśmiał się.
Wiedziałem, że to odeszło. Uśpił swoją mroczną stronę, mimo że wciąż powinien
mnie zabić i zamknąć tę sprawę. Ale nie robił tego. Lewą dłonią złapał za mój
podbródek i pocałował mnie tak, jak jeszcze nigdy wcześniej.
Szczęście
zaślepiło mnie całkowicie, cały strach i ból zniknęły w jednej sekundzie,
oddalały się coraz bardziej z każdym pocałunkiem, jakie później prócz ust
zostawiał również na moich policzkach, powiekach, nosie, szyi. Wiedziałem.
Zadrżałem, gdy jego usta zbliżyły się do mojego ucha, gdy głowę przyłożył do
mojej.
-
Kocham cię, Shade – wyszeptał, mimo
że nie wątpiłem w to ani przez chwilę.
Było
pięknie. I byłoby tak na wieki, gdybym tylko zdążył go powstrzymać. Gdybym
tylko wiedział, że przyłożył broń do skroni tak, by strzał przeszył i jego, i
mnie.
Gdybym
tylko zareagował, zanim pistolet wystrzelił.
Dawno, dawno temu za siedmioma
górami, za siedmioma rzekami mieszkali dwaj przyjaciele, lis i zając...
~ ~
Witam, witam. Ten one shot jest dla mnie bardzo ważny i powinniście to wiedzieć już na wstępie. Napisałam go dzisiaj, w zasadzie usiadłam do niego po południu i napisał się sam. Wylałam z siebie za jego sprawą wiele negatywnych emocji związanych z ostatnimi wydarzeniami, w zasadzie momentami sprzecznych z tymi, które dominują w zachowaniu Émila i Shade, jednak był dla mnie w jakiś sposób terapią. Szczególnie pozbyłam się irytacji skręconą kostką, która doskwiera mi od czwartku niemożliwie. No ale. Motyw Lisa i Zająca wpadł mi do głowy zupełnie przypadkiem, właśnie od pseudonimu naszego zabijaki. Gdy stworzyłam tę postać na forum pbf, pseudonim spadł na niego odgórnie i zupełnie przypadkiem (jak w shocie) pasował do niego idealnie. Wtedy przypomniałam sobie o bajce i... Shade wykreował się sam. I pomyśleć, że one shot z gejowskim paringiem może być zainspirowany bajką dla dzieci... Mam nadzieję, że żadne z nich tego nie przeczyta.
Na koniec, chciałabym niezmiernie podziękować Darsie za błyskawiczne zbetowanie tego. Jesteś wielka!
Le Lièvre et le Renard dedykuję mojemu Skarbowi. Tak, Tobie, Mała. Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało i mimo, że tematyka tego tekstu nie jest zbyt odpowiednia, by Ci go zadedykować, zasłużyłaś na każdą możliwą dedykację. Kc.
Co do V części Étude - powiem, że jestem na dobrej drodze.
Darsa ✏
1 marca 2014 22:14
No więc, no więc, no więc, no wieeeeeeeęc... Z grubsza znasz moje zdanie, ale je rozbuduję. Ten shot idealnie buduje napięcie już od pierwszego akapitu, a kiedy nadchodzą dialogi, to wprost nie idzie się oderwać, choćby mury domu się waliły, a wszelka elektryczność wysiadała. Ładnie skonstruowana historia, bo na początku nic tak na dobrą sprawę nie wiadomo i to jest wspaniałe. Czytelnik stopniowo dowiaduje się, jaka relacja była między głównymi bohaterami oraz o co chodzi obecnie. No dawno takiego shota nie czytałam i tak jak niektórzy po otrzymania mojego komentarza go usuwają, albo po moderacji nie dopuszczają innym do wglądu, tak tutaj nie mam jakichkolwiek zastrzeżeń ♥
world destroyer ✏
2 marca 2014 09:30
jakie ładne, oww :c nie mogłam się w ogóle oderwać od czytania, a teraz mam zachwyt, bo Shade i Lis taka idealna para ;__; smutny i wzruszający szot, ale przepiękny, w sumie jak wszystko, co piszesz. dziękuję bardzo <3
Thoughtless ✏
2 marca 2014 11:52
Śliczne, doprawdy. Dziwna konstrukcja, wychodząca poza schemat, a przez to ciekawa, bo rzadko spotykana. Z kolei ja oglądałam "Wilka i Zająca", krótka kreskówka z dawnych lat, przypominająca do złudzenia historie Strusia Pędziwiatra i Kojota z The Looney Tunes. Ot, Pata kocha kreskówki, ogląda je nałogowo. Zboczenie z dzieciństwa. Ładne opisy, to się teraz ceni, przy dzisiejszej anoreksji książek. Dialogi wciągające. Pata lubi to.
gab ze skydance ✏
2 marca 2014 21:20
Idk, według mnie jest zbyt niezrozumiały. Uwielbiam wyrwane z kontekstu akcje, ale ten shot jest nadto ciężki do ogarnięcia i szczerze powiedziawszy, za mało wiem o postaciach. Nie zdążyłam się w nie odpowiednio czuć. Choć z drugiej strony, troszkę mnie zakuły. Ale chuj. Napisane bardzo fajnie. Teraz pora zabrać się za opowiadanie. Chociaż nadmiar francuskiego mnie przeraża.
Hallucinatie ✏
10 marca 2014 20:18
jak ja kocham Twoje opisy. ♡ więcej nie napiszę, po wcześniejszych komentarzach nie potrzebujesz identycznej opinii, jest cholernie dobre. :3
Prześlij komentarz