3/31/2014 / 17:19 / ANN
And now it's time to build from the bottom of the pit,
right to the top.
W
sali panowała zupełna cisza, przerywana jedynie odgłosami kroków ćwiczących na
środku dziewcząt. Spokój wręcz unosił się w powietrzu, co nie zdarzało się tak
często, jak było pożądane. Rozświetlane promieniami słonecznymi drobinki kurzu
wirowały we własnym tańcu, bardziej żywym i spontanicznym. Rozpoczynał się
jeden z tych dni, które z okna wyglądają na ciepłe i przyjemne, by rozczarować
chłodem, gdy wyjdzie się na dwór. Jednak nawet ten fakt nie był w stanie
zburzyć klarownej perfekcji roztaczającej się wokół.
I
pomyśleć, że tak spokojne dni przychodzą czasem bez większego wysiłku. Wstajesz
rano, przeglądasz się w lustrze, parzysz kawę i dochodzisz do wniosku, że to
będzie dobry dzień. Zauważasz najmniejsze szczegóły, które sprawiają ci radość
i cieszą niemal absurdalnie. Uśmiechasz się, jest dobrze. I chcesz, żeby całe
twoje życie, często pełne porażek i rozczarowań, wyglądało właśnie tak. Uwielbiałam miewać takie dni. Wszystko wydawało
się lepsze, nabierało sensu, nawet jeśli byłam w stanie wątpić w niego jeszcze
dzień wcześniej.
Pośród
szczupłych i zwinnych ciał tancerek przemknęło się coś ciemnego i odstającego
od reszty. Spojrzałam, jednak obiekt zdążył zniknąć mi z pola widzenia.
Dziewczęta nadal tańczyły, nie zatrzymując ani nie zwalniając. Balet miał w
sobie swoistą lekkość, każdy ruch zatańczony odpowiednio uchodził za lekki, a tancerka
przypominała piórko lecące z wiatrem. Ja już nie tańczyłam, choć wciąż można
było nazwać mnie w pewnym sensie młodą. Nie mogłam patrzeć na swoje ruchy. Nie
miały w sobie tej delikatności, co wykonywane przez młodą baletnicę. To prawda,
wciąż uczyłam, ale na tym się kończyło. Brakowało mi typowego młodszym
nieokrzesania w tańcu, wszystko było zbyt wyuczone i nie było miejsca na
pomyłkę.
-
Cześć. – Podskoczyłam jak oparzona. Nienawidziłam, gdy ktoś się do mnie skradał
i straszył. Odwróciłam gniewne spojrzenie w stronę szatyna, mierząc go karcącym
wzrokiem, jakby był małym chłopcem. A nie był. Był po prostu wiecznym
dzieckiem, zamkniętym w ciele praktycznie dwumetrowego chłopaka.
Niebezpiecznym, zdolnym do najróżniejszych czynów, dzieciakiem.
-
Nie rób tak – syknęłam, jednak głos miałam drżący i wyższy co najmniej o ton.
Zaśmiał się, więc odeszłam ostentacyjnie, siadając na skromnej sofie w rogu
sali lustrzanej. Poszedł za mną, a gdy zajął miejsce obok, nogi położył na
stoliku kawowym. Wiedział, że nie lubiłam, gdy to robił, ale tym razem nie
dałam wyprowadzić się z równowagi. A on, jak gdyby nigdy nic, otoczył mnie
ramieniem.
-
Uroczo wyglądasz, gdy się złościsz. – Jego uśmiech był do granic możliwości
bezczelny, że gdybym miała przed sobą kogoś innego, dostałby w twarz. Ale w
jego przypadku nigdy nie umiałam protestować, a gdy już to robiłam, on tylko
naciskał, a ja dawałam się złamać. Tylko przy nim brakowało mi silnej woli.
Denerwowało mnie to. Nie wiedzieć czemu, odbierał mi resztki objawiającej się w
jego obecności pewności siebie, charyzmy czy bezczelności. Zakłócał czymś mój
normalny rytm i cykl postępowania, a to coś leżało bardzo głęboko w nim. – Ale
nie masz do tego powodu.
-
Mam więcej powodów, niż ci się wydaje. – Miałam. Gdyby zebrać do kupy każdą
sytuację, gdy doprowadzał mnie do szewskiej pasji, miałabym miliony tych
powodów. Dokładając łgarstwa, krętactwo i pomijanie przez niego istotnych
faktów, słowem idealne ukrywanie prawdy, gdy nie miałam się jej dowiedzieć, lub
czasem niezbyt odpowiednie zachowanie wobec mnie, mogłabym mieć więcej powodów
do złości, niż mogło mu się wydawać. Widział to po mojej twarzy, a ja widziałam
w jego oczach, że zdaje sobie z tego sprawę. Ale widziałam również, że gówno go
to w rzeczywistości obchodziło.
Pogłaskał
mnie po policzku, a gdy uśmiech na jego ustach zmienił się w delikatny, reszta
świata przestała istnieć. Nie zauważyłam pełnej godziny, dziewcząt wychodzących
z sali, zupełnie zahipnotyzowana. Wiedziałam, że długo mi na to nie pozwoli, i
tak też się stało.
Zniszczył nasz moment, tak jak niszczył je
wszystkie.
-
Trafił do szpitala, prawda czy fałsz? – odparł, niby spokojnie, ale z nutą
władczości w głosie. Uśmiech tylko podkreślił, że cała żałosna otoczka miała
zmusić mnie do powiedzenia mu o tym, o czym chciał usłyszeć. Chciał pokazać, że
musiałam mu odpowiedzieć.
-
Nie jesteś osobą upoważnioną do takiej wiedzy – wypaliłam karcąco, ale nie
zrobiło to na nim wrażenia. Tak, jak można było przewidzieć. Nie mogłam mu
odpowiedzieć, bo nie mógł tego wiedzieć. Nie powinien. Szczególnie, jeśli to
wszystko, co mówili, było prawdą. Jeśli to on był winowajcą. A widziałam w tych
oczach, niby głębokich, błękitnych jak ocean i czystych jak niebo wczesnym
latem, że mógłby to zrobić. Że byłby do tego zdolny. Wiedziałam przecież, co
działo się ze mną z jego winy. Nikt wcześniej swoim zachowaniem nie pozbawiał
mnie własnej woli do tego stopnia.
-
A ty nie jesteś osobą upoważnioną do rzeczy, które ze mną robisz, więc oboje wychodzimy
na czysto – rzucił ostro. Dotknęło mnie to w pewnym sensie. Nie zmuszałam go do
niczego, o ile nie było całkowicie odwrotnie. Fakt, nasza relacja nie była
dobra i wiedziałam o tym, ale wiedziałam też, że nie przeszkadzało mu to, bo
każda anomalia i odstępstwo od normy fascynowały go. Ale wykorzystał to, by
zedrzeć ze mnie każdą możliwą maskę, jaką kiedykolwiek spróbowałam się przed
nim osłonić i dotknąć mnie do żywego. Prawie się mu udało.
-
To nie twoja sprawa. Powiedziałeś, że to zostawiasz. – Nie byłam w stanie
wydusić niczego więcej, a moje słowa, mimo całej siły, jaką wlałam w
wypowiedzenie je choć z odrobiną wrogości, zabrzmiały żałośnie.
-
Prawda. Jednak chcę zamknąć ten rozdział ostatecznie, a do tego potrzebuję tej
wiedzy.
-
Wiedzy że co? Że stoczył się na samo dno dzięki tobie? – Wyrzuciłam, tym razem
odwracając role. Teraz ja byłam oskarżycielem i to on został dotknięty. Ale nie
było mi dane określić, w jakim stopniu, bo w zaledwie kilka sekund uraczył mnie
kolejną, chłodną maską.
-
Owszem – warknął ostro, bezczelnie, jakby zamykając rozdział swojego życia
związany z daną osobą zależało mu, by ten kończył się uszczerbkiem na psychice
tamtego. Szczerze mówiąc, wiedziałam, a raczej spodziewałam się, że przyjdzie i
rozważałam wiele opcji tego, co mi powie, ale takiej nie przewidziałam. Może do
tego właśnie dążył? Może nie posiadał jedynie toksycznego charakteru, który nie
wiedząc jak przyciągał do niego innych, a również paskudne zamiary? Chyba aż
tak daleko by się nie posunął. A przynajmniej chciałam w to wierzyć.
-
Więc ode mnie niczego się nie dowiesz – ucięłam, ale wiedziałam, że z nim nie
da się zakończyć rozmowy na własnych warunkach, szczególnie, gdy uprzednio się
go rozwścieczy. A mój poprzedni, ostry komentarz na pewno wyprowadził go z
równowagi.
Nie
pomyliłam się. Już po chwili czułam, jak krępuje mi ręce w silnym uścisku i
pochyla się do mojego ucha.
-
Dowiem – szepnął, a w tym szepcie słychać było pewność. – Sprawdzisz wszystko i
opowiesz mi jak bajkę na dobranoc. I obyś umiała, w końcu dzieciom nigdy nie
miałaś okazji czytać bajek.
Puścił
mnie i się odsunął. Z chłodem wyłożył mi, czego oczekuje. Przedstawił cały
plan, który dopracował w najmniejszym szczególe. A ja nawet nie odpowiadałam,
zbyt ukłuta jego słowami, które raniły jak sztylety, gdy tak dobrze znał moją
słabość. Ale w tym było coś więcej, niż chęć urażenia. Miał rację. Swoim
dzieciom nigdy nie miałam możliwości poczytać na dobranoc.
*
Nogi
drżały mi do tego stopnia, że chwiałam się na boki idąc z samochodu do wejścia.
Miałam na sobie najniższe szpilki, jakie znalazłam w szafie, a mimo to czułam
się jakbym szła na szczudłach, a złapanie równowagi graniczyło z cudem. Jednak
musiałam wypaść dobrze, a i to nie było najważniejsze. Musiałam wypaść
wiarygodnie i dostać to, po co przyszłam. Czułam się jak ostatnia suka, zniżając
się do tak dennego poziomu, a każde kłamstwo, którym musiałam się posłużyć
wydawało mi się słabe. Nie myślałam jednak nad niczym lepszym, bo nie to było
moim zadaniem.
Powiedział,
że Tobias w godzinach popołudniowych przebywa w swoim gabinecie w głębi oddziału.
Nie pytałam, skąd zaczerpnął tej wiedzy, bo czułam, że nie chcę wiedzieć. To
mogło być za dużo. Musiałam tam wejść, odbyć z nim rozmowę, wywieść go z
gabinetu, sprawdzić papiery, a przy tym nakłamać więcej, niż udało mi się przez
całe moje życie. Powiedział także, że mi się to uda. Nie wierzyłam.
Tobias.
Od pamiętnej rozmowy w szpitalu i podpisywania papierów nie widziałam go ani
razu, a kontakt ograniczyliśmy do sporadycznych, lakonicznych rozmów
telefonicznych. Nie brakowało mi go, bo na dobrą sprawę nie miałam okazji
poznać go lepiej. Miał być przygodą, a połączył nas przypadek. Choć tak
naprawdę ten przypadek nic dla mnie nie znaczył, a dzieci, których rodzicami
byliśmy nie znaczyły dla mnie tak wiele, jak powinny. Myślałam tylko o karierze
– bo o czym może myśleć dwudziestosześciolatka, której już od najmłodszych lat
wpajano, by pięła się wyżej? Na wieść o ciąży decyzję podjęłam natychmiastowo –
chciałam usunąć dziecko. Ale powiedziałam mu i na to nie pozwolił.
Nie
żałowałam. Wiedziałam, że dwójka maluchów daje mu szczęście, niezależnie od
tego, co działoby się w jego życiu. Gdyby coś poszło nie tak, gdyby ktoś go
zranił – zawsze miał ich. Nie znałam chłopców. Wiedziałam, że jeden to Vincent,
a drugi to Kaiser, że są zupełnie różni z charakterów, słyszałam o nich wiele,
bardzo wiele. Ale nigdy nie odważyłam się przyjść. Tobias nigdy nie miał mi
tego za złe, a przynajmniej nie okazywał mi tego.
A
teraz… Nadal nie chciałam pakować się w ich życie, mimo, że od pewnego czasu
czułam w głębi jakiś dziwaczny instynkt, by wrócić i zaopiekować się swoimi
dziećmi, nawet, jeśli miałoby być ciężko. Prawdopodobnie dojrzewało to we mnie
z wiekiem, ale nim zdążyło się ukształtować, zostałam zmuszona do powrotu przez
mężczyznę, który nie powinien ingerować w moją przeszłość. Ale wiedziałam, jaki
jest i w co się wpakowałam, związując się z nim.
Weszłam
do szpitala. Wnętrze za drzwiami, niewielkie i całkowicie puste wydawało się
tak ciepłe, że niemal zapomniałam, że to zakład psychiatryczny. Delikatne
kolory i rysunki na ścianach sprawiały, że miejsce uchodziło za przytulne.
Nacisnęłam przycisk, dzwoniąc do drzwi oddziału. Chwilę zajęło, nim
pielęgniarka podeszła i otworzyła je z klucza. Gdy klamka opadła, odsunęłam się
i słowa ugrzęzły mi w gardle. Kobieta w białym kitlu wyglądała na miłą, więc
usiłowałam przywrócić się do odpowiedniego stanu.
-
Przyszłam do doktora Applegate – odparłam cicho, bo na pewny ton głosu nie było
żadnych szans. Rysy kobiety zaostrzyły się.
-
Doktor pracuje, proszę przyjść później.
-
To pilne, naprawdę – wypaliłam, nim zdążyła zatrzasnąć mi drzwi przed nosem.
Przez całe trzydzieści lat życia nie czułam się chyba tak niepewnie. To nie
było pilne i nawet nie powinno mieć miejsca, ale przecież nie mogłam jej tego
powiedzieć.
Wpuściła
mnie bez chęci, prowadząc za sobą do kolejnych drzwi. Byłam w jadalni,
zastawionej stolikami. Miałam wrażenie, że jest zupełnie pusta, ale w rogu
zauważyłam siedzącego do mnie tyłem Luke’a. Już chciałam podejść i przywitać
się, w końcu gdybym powiedziała, że przyszłam jako jego nauczycielka,
uwierzyłby mi, jednak pielęgniarka na pewno nie zaprowadziłaby mnie już do
Tobiasa. Zrezygnowałam, wchodząc za kobietą na klatkę schodową.
Każde
drzwi zamykała za mną na klucz, co tylko wzbudzało moją niepewność i
przypominało, że wcale nie jestem w przytulnym miejscu. Jednak nie miałam już
wyboru, nie mogłam się wycofać. Poprawiłam spódnicę, przeczesałam włosy.
Zaprowadziła mnie pod sam gabinet i zniknęła na klatce schodowej. Odczekałam
chwilę i zapukałam, od razu wchodząc do środka.
Tobias
nie przyjmował akurat nikogo, więc kamień spadł mi z serca, bo bałam się, że
przeszkodzę mu w wizycie. Przez ułamek sekundy, nim na mnie spojrzał
przyglądnęłam mu się. Wciąż był tak przystojny, jak wtedy, gdy się poznaliśmy i
wciąż mnie to oszałamiało. Ale nie mogłam zawalić.
-
Cordelia? – zaskoczyłam go przybyciem, wyraźnie było to widać. Uśmiechnęłam
się, nie będąc w stanie nawet wydusić słów przywitania. Wstał i z uśmiechem
uścisnął mnie lekko, a ja odwzajemniłam to.
-
Cześć, Toby – odwzajemniłam uśmiech, powoli jakby nabierając pewności. Gdy
tylko mnie puścił, usiadłam przed jego biurkiem, bo chyba już po chwili
straciłabym równowagę. W jednej chwili zrobiło mi się go strasznie szkoda, był
przecież dobrym człowiekiem, wychowywał nasze dzieci i nawet nie prosił o
pomoc, a ja miałam wykorzystać jego życzliwość i zaufanie. Czułam się podle.
-
Nie spodziewałem się ciebie tutaj – odparł, jednak widać było, że cieszył się z
mojej obecności. Widziałam to w jego zielonych oczach, które kiedyś śmiały się
do mnie tak samo.
-
Nie wątpię. – uśmiechnęłam się lekko, zastanawiając się szybko, co powinnam
powiedzieć. Kłamstwo, które kazał mi powiedzieć wtedy, w sali lustrzanej, czy
lepiej było nawiązać do Luke’a? Nie chciałam jednak wciągać w to kolejnych
osób, szczególnie, że wiedziałam, iż Luke nie trafił tutaj bez powodu. I na
dobrą sprawę, cieszyłam się, że przy dobrych wiatrach zerknę w jego
dokumentację. Mogłam zyskać pewność, czy mężczyzna, z którym się spotykałam był
zamieszany w jego próbę, czy też nie. – W zasadzie, to mogło poczekać, ale
jakoś uznałam, że może wpadnę…
-
Coś się stało? – spoważniał, tak jak było przewidziane. Zalały mnie rozmaite
myśli o tym, jak podło postępowałam, więc uciekłam wzrokiem na przepiękny widok
na jezioro za oknem.
-
W zasadzie to nie, ale… Widzisz, dużo ostatnio myślałam odnośnie tego
wszystkiego i… - czułam, że połknie haczyk, więc wahałam się. To jednak tylko
sprawiło, że moja wypowiedź wypadła naturalniej. – Jeśli nie masz nic
przeciwko, chciałabym ich w końcu poznać. – Uniosłam kąciki ust lekko, a on
rozpromienił się natychmiastowo.
-
Chłopców? – Zdjął okulary, które miał do czytania i podparł się na ręce. – Jak
miałbym mieć coś przeciwko? Bardzo się cieszę.
-
Wiesz… Żałowałam od dawna, że wtedy postąpiłam tak, a nie inaczej, ale chyba po
prostu byłam na to za młoda. – Nie kłamałam. Ulżyło mi niemiłosiernie, że choć
we fragmentach mogę powiedzieć prawdę. – I chyba teraz powinnam to naprawić.
-
Nic się przecież nie stało – zaśmiał się, szczerze. Nie winił mnie. Po części dzięki
temu także mi ulżyło. – W takim razie możesz przyjść do nas kiedy tylko
zechcesz, na pewno się ucieszą. Mam im wcześniej powiedzieć?
-
Chyba… Chętnie napisałabym coś do nich. – Czułam, że mimo, iż było to
ustawiane, teraz naprawdę chciałam już wrócić. Naprawdę poczułam, że tęsknię do
nich, mimo, że teraz byli zupełnie inni, niż niemowlaki, które trzymałam na
rękach niemal cztery lata temu.
-
W porządku. A tak w ogóle – podniósł ramkę, która dotychczas stała do mnie
tyłem na jego biurku i podał mi – Tak teraz wyglądają.
Fotografia
przedstawiała dwóch, obłędnie uroczych chłopców z tak jasnymi włosami, jak moje
i dużymi, zielonymi oczami. W tamtej chwili kompletnie zmiękło mi serce. Pisząc
list do swoich synów po policzkach spłynęło mi kilka łez i naprawdę chciałam
już ich zobaczyć i zostać przez nich zaakceptowana jako matka. Na koniec
rozpłakałam się całkowicie, dałam się Tobiasowi przytulić i obiecałam przyjść
sobotnim popołudniem do jego mieszkania. Plan nie wypalił, zbyt zajęta tym, co
mnie czeka nie starałam się nawet wywieść Tobiasa z gabinetu. Nie żałowałam,
mimo, iż liczyłam się z tym, jak zareaguje Castor, gdy powiem, że nie
dowiedziałam się niczego. Zastanawiałam się jeszcze, czy mówić mu, że widziałam
Luke’a w jadalni, czy zachować to dla siebie i skłamać. Coś podpowiadało mi, że
to był on – że to Castor skrzywdził go tak, że chciał ze sobą skończyć. I
czułam, że to może być prawda. A jeśli tylko znajdę na to dowód, nigdy więcej mnie już nie zobaczy.
*
Witam. Trochę mi to zajęło, jednak musicie mi wybaczyć, to wszystko przez narrację pierwszoosobową, w dodatku kobiecą! Ale przejdźmy do konkretów. Mam dla Was odpowiedzi na urodzinowe pytania! :D
„Czy jest jakakolwiek
szansa, że Luke w przeszłości miał jakiekolwiek powiązanie z Pheal’em? I czy ta
postać będzie miała znaczący wpływ na przebieg dalszych wydarzeń, czy należy
jedynie do przeszłości, o której jednak warto wspominać, aby lepiej poznać
Tobiasa?” ― Darsa
Wątpię, by Luke kiedykolwiek w
przeszłości miał powiązanie z Pheal’em. Nie miał raczej styczności z miejscami,
w których Pheal się zatrudniał, poza tym należy doliczyć co najmniej
dziesięcioletnią różnicę wieku. Prędzej podejrzewałabym o to Castora... :) Nie
no, żartuję. Jeśli chodzi o powiązanie Pheal’a z przebiegiem wydarzeń, nie mogę
zdradzić wszystkiego, ale powiem, że prócz ważnej roli odegranej w przeszłości,
wystąpi również epizodycznie w przyszłości. Ponadto postaram się naświetlić Wam
z grubsza jego historię, być może nawet poświęcę temu odcinek.
„Ile lat ma Pheal, a
ile Tobias?” ― Nana
Wieku Pheal’a nigdy nie ustalałam
dokładnie, ale jest przynajmniej pięć, sześć lat młodszy od Tobiasa. Ten zaś ma
trzydzieści pięć lat, więc wychodzi na to, że w najlepszym wypadku P. jest
przed trzydziestką.
„Czy między
głównymi bohaterami się coś poważniejszego zawiąże?” ― Darsa
Wszystko byś chciała wiedzieć! Tego
nawet ja nie wiem! Nie no, pewien zarys ich przeszłości mam, jednak wciąż się
waham, wciąż zwracam się do innych po rady, włączając nawet rodzinę… I
ostatecznie coś poważniejszego pojawi się na pewno. Nie mogę zagwarantować na
ten moment nic więcej.
„W czasie czytania
ogółem nie wyłapałam imienia i wieku jego brata, więc może o to mogę zapytać?” ―
Hallucinatie
Na dobrą sprawę podałam jedynie imię,
brzmi ono Gilbert. Co do wieku, w trzecim odcinku wspomniałam jedynie, że
Gilbert miał trzy latka, a Luke trzynaście, gdy Cameron zabrała ich dwójkę.
Wychodzi na to, że chłopcy mają dziesięcioletnią różnicę wieku, a w tym
momencie młodszy Shepard jest siedmiolatkiem.
W razie niejasności - zapraszam z pytaniami na facebooka lub twittera. Dziękuję za każde!
XOXO, Ann
world destroyer ✏ 31 marca 2014 18:54
Kobieca narracja wychodzi ci świetnie, a ja znów się ogromnie wczułam ;__; Ładny odcinek, już nie mogę się doczekać, co ty tam kombinujesz z nimi. I żal mi Cordeli, choć i tak najbardziej mojego kochanego Luke'a, mimo że nie był w tym rozdziale prawie w ogóle wspomniany. Ale ja go tak kocham, moja ulubiona postać, ok :c Wszystko pięknie, pięknie, pisz dalej ♡

Prześlij komentarz