étude of soreness

Lover, please stay.


4/15/2014 / 15:50 / ANN

Everything that downs me makes me wanna fly.

Tobias wyszedł przed budynek szpitala, od razu odpalając papierosa. Nie był palaczem, a przynajmniej usiłował w to wierzyć, bo po papierosy sięgał tylko w takie dni jak ten. A był wtorek. Nienawidził wtorków szczerą i czystą nienawiścią, bo właśnie w te dni najczęściej lubiło wydarzyć się coś złego. We wtorki były kontrole, przyjeżdżały najcięższe przypadki i wychodzili ulubieni przez personel pacjenci. We wtorek również porzucił go Pheal, mówiąc, że ich wspólne miesiące nic nie znaczyły i odchodzi, bo kogoś poznał. Wtorki bolały.
Palił papierosa, łapczywie dławiąc się dymem, co odstawało od spokoju panującego na całym terenie medycznym, w którym znajdował się skromny, dwudziestoczterołóżkowy oddział, którym na co dzień się zajmował. Rozglądał się po znajomej okolicy, jak zwykle widząc te same, starawe budynki, ustawione za znaną mu kolejnością – izba przyjęć, szpital ogólny, prosektorium i oddział, stojący na uboczu. Nigdy nie działo się tu nic, co można było ująć za ciekawe szczególnie, gdy od piętnastu lat wszystko wyglądało zupełnie tak samo, a różnice ograniczały się do pogłębiających się stopni zniszczeń elewacji i dachów. Pacjenci uważali, że jedyną atrakcją było wywożenie trupów z prosektorium o szóstej rano.
Ale trzeba było przyznać, że nie ważne, co by się działo, Tobias i tak przychodził tutaj z chęcią.
Jego ostatnie dni rokowały nie najgorzej. Wytrzymywał z psychiką i wspomnieniami już trzy tygodnie, dokładnie dwadzieścia jeden dni, podczas których bywało lepiej i gorzej, podczas których rzucił się w wir pracy i opieki nad synami.
Kończąc papierosa przypomniał sobie o wizycie Cordelii i o jej łzach, gdy pisała list do chłopców, po czym uznał, że nie będzie dłużej rozpamiętywał, mimo że składał sobie takie obietnice średnio pięć razy na tydzień. Wystukał jeszcze wiadomość do Evren, by odebrała z przedszkola Kaia i Vincenta, po czym wszedł do środka nieco zmarznięty.
- Pan Shepard, tak? – Podszedł do poważnego, na pierwszy rzut oka dość zadufanego w sobie, mężczyzny, wyciągając rękę. – Tobias Applegate. Leczę pańskiego syna.
W terapii z Luke’m Shepardem rozpoczynał się najtrudniejszy etap, coś, czego Tobias osobiście najchętniej oszczędziłby swoim podopiecznym, wiedząc z doświadczenia, że do niczego dobrego to na ogół nie prowadziło. Terapia rodzinna – w jednym na dziesięć przypadków prowadziła do rozwiązania problemu, a w pozostałych go pogłębiała. Jedyny plus z sytuacji – w każdym przypadku, co do jednego, uświadamiała rodzinę, pacjenta i lekarza, co tak naprawdę się dzieje i co jest problemem. Ale winowajcy odpowiadający za problemy psychiczne, na ogół woleli pozostać w cieniu.
- Zauważyłem – rzucił mężczyzna oschle, odwzajemniając uścisk. – James Shepard. Proszę się streszczać.
Dupek, pomyślał Tobias, jednak uśmiechnął się życzliwie i wpuścił faceta na oddział, zamykając za sobą drzwi na klucz. Na miejscu chłopaka też by się załamał, gdyby przyszło mu mieć ojca, który śmierdział ignorancją i chamstwem na kilometr.
Lucky czekał już w gabinecie do terapii, więc gdy tylko wraz z jego ojcem pojawili się, a Tobias ustawił budzik na sześćdziesiąt minut i ani sekundy więcej, rozmowa zaczęła się. Byli tylko w trójkę; on, Luke i jego ojciec, gdyż wedle procedury, rozwiedzeni rodzice nie mogli mieć wspólnej rozmowy rodzinnej. Spotkanie z Cameron odbyło się już wcześniej, a emocje towarzyszące Tobiasowi podczas prowadzenia go były raczej pozytywne. Widział więź, jaka występowała między synem a matką, co, musiał przyznać, w tym wieku chłopaka nie było częste. W chwili obecnej jednak nie musiał nawet rozpoczynać rozmowy, by wiedzieć, że będzie po prostu ciężko. Sama postawa nastolatka pokazała wiele, gdyż nie zajął miejsca obok Jamesa, a naprzeciwko niego i wyglądał na nieźle zestresowanego. Tobias, siadając po środku, czuł, że właśnie znalazł się między Scyllą i Charybdą.
Początek szedł zadziwiająco gładko, a mężczyzna odpowiadał krótko i na temat, nawet bez początkowo wyczuwalnego antagonizmu. Luke nie mówił zbyt wiele, ale Toby’emu wydawało się, że i tak radzi sobie bardzo dobrze. Zauważył jedynie, że chłopak wyjątkowo starannie zakrywa ręce pod rękawami za luźnej bluzy, jednak chwilowo udał, że nic nie widzi. Kontynuował konwersację. Nie przepadał za tak oficjalną formą rozmowy, jednak Jamesowi odpowiadało to, przez co Applegate i Luke wymienili kilka porozumiewawczych spojrzeń podczas całej rozmowy. Ale wraz z ostatnim zagadnieniem nie było miejsca na nic takiego. Do końca zostało piętnaście minut i przyszedł czas na pytanie, którego lekarz najbardziej nie lubił zadawać.
- Więc, co pan uważa na temat kroków, jakie podjął pana syn? Zastanawiał się pan w ogóle, co mogło być powodem? – spytał, notując niedbale poprzednią odpowiedź na kartce. Dziękował Bogu, że przynajmniej nie będzie musiał własnoręcznie spisywać raportu z terapii.
Mężczyzna parsknął.
- Nie ma się nad czym zastanawiać. To przecież kompletny debilizm. – Tobias przerwał pisanie wpół słowa, zerkając na niego spod opuszczonych okularów. Po chwili spojrzał na pacjenta, w żadnym razie nie ukazując zszokowania odpowiedzią. Luke jednak tego nie krył i lekarza wręcz zakuło na widok żalu, jaki malował się na twarzy chłopaka. – Można mieć problemy, prawda? Ale trzeba mieć odwagę zmierzyć się z nimi. A nie zabijać się jak byle tchórz.
- Gówno wiesz o moich problemach. – Tobias zamarł, choć chyba lepiej niż Luke by tego nie ujął. To co powiedział chłopak, ujawniało się od pierwszej minuty rozmowy wraz z ignorancją i niewiedzą ojca. Jednak, jako lekarz, na terapii musiał oczywiście pozostać choć pod małym względem bezstronny. – Gdybyś jeszcze chciał, interesował się, moglibyśmy rozmawiać. Ale ty nigdy nie zapytałeś, czy wszystko u mnie w porządku.
- Bo w każdej odpowiedzi przewijałeś tego swojego pedała – rzucił mężczyzna, wstając coraz bardziej wyprowadzony z równowagi. Zaczął chodzić po pomieszczeniu z założonymi rękami. Luke parsknął histerycznym śmiechem.
- Więc to jest twoim problemem. Tak, przecież mogłem się tego spodziewać.
- Owszem, synu. Mogłeś. Dobrze wiesz, że nie toleruję pedałów!
- I z tego powodu wolał stracić pan syna? – Tobias spojrzał na niego ze spokojem, jednak wewnątrz nie mógł pozbyć się pogardy wobec takiej postawy rodzica. – Zamiast skupić się na pomocy swojemu dziecku, bo nie wierzę, że nic pan nie zauważył, wybrał pan ucieczkę od problemu przez swoje zaściankowe przekonania? – Nie powiedział niczego więcej, mimo że pytania cisnęły mu się na usta. Nie mógł przegiąć, choć prawdopodobnie już powiedział zbyt wiele.
 - Przecież on się do mnie nawet nie przyznaje. – Luke nie patrzył już na ojca, uciekał wzrokiem. Było mu ciężko. Tobias zerknął na minutnik, z ulgą stwierdzając, że zostało osiem minut.
- Przyznałbym się, gdybym miał do kogo – warknął James, a Tobias ugryzł się w język, jedynie notując. Tutaj popełnił zasadniczy błąd. Gdyby coś powiedział, nawet, jeśli byłoby to przegięciem, przynajmniej byłaby szansa, że to, co zdarzyło się później, nie miałoby miejsca.
Luke poderwał się z miejsca. Wtedy już płakał. Bez wątpienia to było dla niego za dużo. Nie można było mu się dziwić. Taka postawa rodzica musiała boleć, ba, na pewno bolała, a szczególnie w jego sytuacji. Nie było nic gorszego, niż właśnie takie zachowanie ojca.
- Ale ja wciąż jestem twoim synem! – krzyknął z rozpaczą. – Wolisz szufladkować mnie przez moją orientację, zamiast pomyśleć, że sam zrobiłeś coś źle! Nic cię nie obchodzi. Nic. Po co tu w ogóle przyszedłeś, skoro masz wszystko tak bardzo w dupie?! – Krzesło, na którym wcześniej siedział James teraz poleciało na niego, a gdyby nie Tobias, prawdopodobnie Luke rzuciłby się na mężczyznę. Płakał. Płakał i krzyczał, z bólu, złości i bezsilności. Ale Applegate trzymał go mocno, przyciskając do siebie i nie pozwalając, by się wyrwał.
Zdążył jeszcze zawołać pielęgniarkę. Dalej były tylko chwile, i Luke dostał zastrzyk uspakajający, w ciągu kilku sekund opadając bezwładnie na lekarza. Wezwani ratownicy niedługo później przenieśli chłopaka na parter. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że Tobias nie mógł wyjść z szoku. Nie dziwił mu się ani przez moment, chłopak i tak zniósł przez tą rozmowę więcej, niż było go stać. Wyłączył dzwoniący budzik i spojrzał na mężczyznę, tym razem nie kryjąc choć lekkiej pogardy, która kryła się w jego zielonych oczach.
- Koniec rozmowy. Proszę wyjść – rzucił, pokazując pielęgniarce, by odprowadziła mężczyznę i dziękując jej skinieniem głowy. Miał dość.

*
- Mogłem się tego spodziewać – syknął rozwścieczony, mierząc Cordelię pogardliwym wzrokiem. W innej sytuacji prawdopodobnie by sobie na to nie pozwoliła, w końcu był od niej młodszy o osiem lat i praktycznie powinien okazać jej więcej szacunku, jednak wiadomym było, że nie mogła tego od niego wyegzekwować. Nikt nie był w stanie wyegzekwować od niego czegokolwiek.
Castor nie wyglądał na takiego, jakim był. Na pierwszy rzut oka stwarzał pozór spokojnego, nawet z lekka zagubionego chłopaka, całkowicie zajętego muzyką, którą kochał w każdej postaci. Śpiewał, grał, tańczył – wydawać się mogło, że to stanowiło jego życie, caluteńkie, pochłaniało mu wolny czas. W istocie, bywało tak. Był bystry i szybko się uczył, a do muzyki faktycznie miał wyjątkową smykałkę. Jednak pod maską artysty skrywał podły charakter i duszę manipulanta, który potrafił podporządkować sobie niemal każdego i wzbudzić w każdym zaufanie.
W niej już nie wzbudzał. Ale Luke ufał mu do samego końca. Schlebiało mu to wyjątkowo.
- Nie wierzę, jak możesz być taką kretynką – parsknął śmiechem, siadając na sofie w jej salonie. Nie był mile widziany, nie tym razem, widział, że coś w niej pękło i nabrała do niego dystansu. Ale nie miał zamiaru się tym przejmować szczególnie, że nawet nie próbowała zrobić tego, co powinna. A skoro się jej nie udało – dlaczego miałby jej za to nie zbesztać?
- Zamknij się – Cordelia starała się patrzeć na niego z pogardą, ale ta znikła z jej twarzy, gdy Castor uniósł brew w górę i parsknął śmiechem.
- Nawet nie mam zamiaru. Co, zobaczyłaś go i zmiękły ci kolana? No, i zamierzasz wrócić do synów, ta? Urocze. Taka z ciebie przykładna matka!
- Zamknij się do jasnej cholery! – Szklanka, którą trzymał w ręce roztrzaskała się o płytki.
- Nie krzycz, dobrze? Powinnaś wiedzieć, jak słabe to było.
Był nią zażenowany i rozczarowany do granic możliwości. I wytrącony z równowagi, ponieważ nie przewidział, że gdy już spotka tego swojego Tobiaska, na pewno rzuci mu się w ramiona i plan skończy się kompletnym fiaskiem. W pewnym sensie irytowało go, że tego nie przewidział, tak jak fakt, że jakiś facet był w stanie złamać ją i sprawić, że nie była zdolna do dokończenia tego, co zaczęła. Jaki mężczyzna mógł być lepszy od niego?
Zapewne każdy, który szanował kobiety, jednak o tym Castor nawet nie pomyślał. Wolał nie spotkać tego Tobiasa. Cordelia znaczyła dla chłopaka tyle co nic, jednak nie miał zamiaru tak po prostu odpuścić i oddać jej jakiemuś doktorkowi, który pewnie miał tak samo zszarganą psychikę, jak jego pacjenci.
- Albo twoja siła perswazji jest słaba – Uśmiechnęła się złośliwie, znów nabierając pewności. Z deka się w nim zagotowało, jednak tylko wstał i nalał sobie do innej szklanki, kompletnie tracąc zainteresowanie szkłem leżącym na podłodze. – Posprzątaj to.
- Ani mi się śni. – Po czym wyszedł na taras i oparł się o barierkę. – A mojej sile perswazji nie mam nic do zarzucenia.
Przez chwilę panowała cisza, jednak po chwili usłyszał stukot obcasów za sobą i kobieta stanęła obok niego. Nie zaszczycił jej spojrzeniem, przyglądając się odległej tafli jeziora, wyraźnie widocznej z Paris Avenue, szczególnie, gdy było się na czterdziestym piętrze.
- Przestań się na mnie gniewać – odparła niemal potulnie i dotknęła jego przedramienia, a na jego usta wkradł się uśmiech. Wprawdzie niedobrze mu się robiło na myśl, że wobec tego Applegate’a zapewne umiała postąpić tak samo, jednak odrzucił od siebie tę myśl. – Nie znoszę, gdy taki jesteś.
- Będziesz musiała to jakoś ścierpieć – mruknął, odstawiając szklankę na szeroką barierkę i objął ją delikatnie. – Ale naprawdę mogłaś załatwić to lepiej.
- A może nie powiedziałam ci wszystkiego?
Obrócił głowę lekko w prawo, patrząc na nią pytająco.
- Widziałam go – powiedziała, obejmując lekko jego szyję. – Na sto procent jest w szpitalu. I pewnie wiesz, dlaczego.
Wyraźnie wzięła go pod włos, ale nie dał się, uśmiechając lekko. Czyli tam był. Wszystko szło tak, jak powinno, bo przecież Luke nie trafił tam bez powodu. A powód wszystkim był znany. Przynajmniej ten fizyczny, namacalny. Ale nikt prócz Castora nie wiedział, co Sheparda skłoniło do próby.
- Nie mam zielonego pojęcia i chyba mnie to nawet nie interesuje – wymruczał, wciąż uśmiechając się zadziornie. Pochylił się nieznacznie, składając delikatne pocałunki na jej szyi. – Myślę, że możemy o tym zapomnieć.
- Więc spraw, żebym zapomniała – wyszeptała, a on lekko wsunął dłonie pod jej sukienkę.

Przecież o wszystkim w stanie było się zapomnieć, jeśli tylko bardzo się chciało.


*
Cześć! Wiecie, jak fajnie mieć odcinek na zapas? Coś świetnego. A tak swoją drogą... V część działała Wam bez zarzutu? Blogger pokazuje mi, że nie ma żadnych wyświetleń o_o
Dziwne ustrojstwo.
A, i zapraszam na swojego aska ♥

comment

Blogger Thoughtless 16 kwietnia 2014 18:52

"Mimo że" nie rozdzielamy przecinkiem, to takie coś co mi się szczególnie rzuciło w oczy. Co jeszcze, co jeszcze... Za krótko, to na pewno, ale akcja leci w przód, więc to na plus. Ładny opis sytuacji podczas terapii, chociaż kurde... Wydaje mi się, że to wszystko jest takie ukrócone. Można by to było naprawdę rozwinąć, byłoby dłużej, bardziej szczegółowo. Lepiej. Postaraj się jakoś popracować nad długością opisów, bo to ważne w opowiadaniach.
Pozdrawiam, życzę weny xx
PS: Musiała się pochwalić askiem XD


Blogger world destroyer 16 kwietnia 2014 19:02

Ładnie, gurl. Nanie się podoba >>> I Luke taki biedny, dalej moja najukochańsza postać :c Weny życzę i więcej odcinków na zapas |D


Blogger Darsa 17 kwietnia 2014 23:00

Och! W końcu dorwałam się do tego rozdziału. Kocham mieć wolne |D Pierwszy raz od bardzo dawna.

Kurczę... nie ogarniam zbytnio kim jest Castor, bo jeśli się przewinął we wcześniejszych rozdziałach, to kompletnie zapomniałam i nie wiem, gdzie go szukać... :/ Pomożesz? ♥

A poza tym, to kocham to opowiadanie i najchętniej pożarłabym je na deser. Oczywiście powtórzę po raz tysięczny, że niczyje opisy nie urzekają mnie tak, jak właśnie Twoje. Są cudowne, realne, płynne, naturalne i takie lekkie w odbiorze, mimo że tematyka dość ciężka. Ojciec zdecydowanie przegiął, ale facetom z reguły trudniej zaakceptować gejostwo syna, a niektórym nawet nigdy to się nie udaje.

Poprzednie części postaram się sprawdzić jutro, więc jak chcesz, możesz mi podesłać resztę, której nie sprawdzałam jeszcze :3

Prześlij komentarz



«
»