Tobias
wyszedł przed budynek szpitala, od razu odpalając papierosa. Nie był palaczem,
a przynajmniej usiłował w to wierzyć, bo po papierosy sięgał tylko w takie dni
jak ten. A był wtorek. Nienawidził wtorków szczerą i czystą nienawiścią, bo
właśnie w te dni najczęściej lubiło wydarzyć się coś złego. We wtorki były
kontrole, przyjeżdżały najcięższe przypadki i wychodzili ulubieni przez
personel pacjenci. We wtorek również porzucił go Pheal, mówiąc, że ich wspólne
miesiące nic nie znaczyły i odchodzi, bo kogoś poznał. Wtorki bolały.
Palił papierosa, łapczywie dławiąc
się dymem, co odstawało od spokoju panującego na całym terenie medycznym, w
którym znajdował się skromny, dwudziestoczterołóżkowy oddział, którym na co
dzień się zajmował. Rozglądał się po znajomej okolicy, jak zwykle widząc te
same, starawe budynki, ustawione za znaną mu kolejnością – izba przyjęć,
szpital ogólny, prosektorium i oddział, stojący na uboczu. Nigdy nie działo się
tu nic, co można było ująć za ciekawe szczególnie, gdy od piętnastu lat
wszystko wyglądało zupełnie tak samo, a różnice ograniczały się do
pogłębiających się stopni zniszczeń elewacji i dachów. Pacjenci uważali, że
jedyną atrakcją było wywożenie trupów z prosektorium o szóstej rano.
Ale trzeba było przyznać, że nie
ważne, co by się działo, Tobias i tak przychodził tutaj z chęcią.
Jego ostatnie dni rokowały nie
najgorzej. Wytrzymywał z psychiką i wspomnieniami już trzy tygodnie, dokładnie
dwadzieścia jeden dni, podczas których bywało lepiej i gorzej, podczas których
rzucił się w wir pracy i opieki nad synami.
Kończąc papierosa przypomniał sobie
o wizycie Cordelii i o jej łzach, gdy pisała list do chłopców, po czym uznał,
że nie będzie dłużej rozpamiętywał, mimo że składał sobie takie obietnice
średnio pięć razy na tydzień. Wystukał jeszcze wiadomość do Evren, by odebrała
z przedszkola Kaia i Vincenta, po czym wszedł do środka nieco zmarznięty.
- Pan Shepard, tak? – Podszedł do
poważnego, na pierwszy rzut oka dość zadufanego w sobie, mężczyzny, wyciągając
rękę. – Tobias Applegate. Leczę pańskiego syna.
W terapii z Luke’m Shepardem
rozpoczynał się najtrudniejszy etap, coś, czego Tobias osobiście najchętniej
oszczędziłby swoim podopiecznym, wiedząc z doświadczenia, że do niczego dobrego
to na ogół nie prowadziło. Terapia rodzinna – w jednym na dziesięć przypadków
prowadziła do rozwiązania problemu, a w pozostałych go pogłębiała. Jedyny plus
z sytuacji – w każdym przypadku, co do jednego, uświadamiała rodzinę, pacjenta
i lekarza, co tak naprawdę się dzieje i co jest problemem. Ale winowajcy odpowiadający
za problemy psychiczne, na ogół woleli pozostać w cieniu.
- Zauważyłem – rzucił mężczyzna
oschle, odwzajemniając uścisk. – James Shepard. Proszę się streszczać.
Dupek,
pomyślał Tobias, jednak uśmiechnął się życzliwie i wpuścił faceta na oddział,
zamykając za sobą drzwi na klucz. Na miejscu chłopaka też by się załamał, gdyby
przyszło mu mieć ojca, który śmierdział ignorancją i chamstwem na kilometr.
Lucky czekał już w gabinecie do terapii,
więc gdy tylko wraz z jego ojcem pojawili się, a Tobias ustawił budzik na
sześćdziesiąt minut i ani sekundy więcej, rozmowa zaczęła się. Byli tylko w
trójkę; on, Luke i jego ojciec, gdyż wedle procedury, rozwiedzeni rodzice nie
mogli mieć wspólnej rozmowy rodzinnej. Spotkanie z Cameron odbyło się już
wcześniej, a emocje towarzyszące Tobiasowi podczas prowadzenia go były raczej
pozytywne. Widział więź, jaka występowała między synem a matką, co, musiał
przyznać, w tym wieku chłopaka nie było częste. W chwili obecnej jednak nie
musiał nawet rozpoczynać rozmowy, by wiedzieć, że będzie po prostu ciężko. Sama
postawa nastolatka pokazała wiele, gdyż nie zajął miejsca obok Jamesa, a
naprzeciwko niego i wyglądał na nieźle zestresowanego. Tobias, siadając po środku,
czuł, że właśnie znalazł się między Scyllą i Charybdą.
Początek szedł zadziwiająco gładko,
a mężczyzna odpowiadał krótko i na temat, nawet bez początkowo wyczuwalnego
antagonizmu. Luke nie mówił zbyt wiele, ale Toby’emu wydawało się, że i tak
radzi sobie bardzo dobrze. Zauważył jedynie, że chłopak wyjątkowo starannie
zakrywa ręce pod rękawami za luźnej bluzy, jednak chwilowo udał, że nic nie
widzi. Kontynuował konwersację. Nie przepadał za tak oficjalną formą rozmowy,
jednak Jamesowi odpowiadało to, przez co Applegate i Luke wymienili kilka
porozumiewawczych spojrzeń podczas całej rozmowy. Ale wraz z ostatnim zagadnieniem
nie było miejsca na nic takiego. Do końca zostało piętnaście minut i przyszedł
czas na pytanie, którego lekarz najbardziej nie lubił zadawać.
- Więc, co pan uważa na temat
kroków, jakie podjął pana syn? Zastanawiał się pan w ogóle, co mogło być
powodem? – spytał, notując niedbale poprzednią odpowiedź na kartce. Dziękował
Bogu, że przynajmniej nie będzie musiał własnoręcznie spisywać raportu z
terapii.
Mężczyzna parsknął.
- Nie ma się nad czym zastanawiać.
To przecież kompletny debilizm. – Tobias przerwał pisanie wpół słowa, zerkając
na niego spod opuszczonych okularów. Po chwili spojrzał na pacjenta, w żadnym
razie nie ukazując zszokowania odpowiedzią. Luke jednak tego nie krył i lekarza
wręcz zakuło na widok żalu, jaki malował się na twarzy chłopaka. – Można mieć
problemy, prawda? Ale trzeba mieć odwagę zmierzyć się z nimi. A nie zabijać się
jak byle tchórz.
- Gówno wiesz o moich problemach. –
Tobias zamarł, choć chyba lepiej niż Luke by tego nie ujął. To co powiedział
chłopak, ujawniało się od pierwszej minuty rozmowy wraz z ignorancją i
niewiedzą ojca. Jednak, jako lekarz, na terapii musiał oczywiście pozostać choć
pod małym względem bezstronny. – Gdybyś jeszcze chciał, interesował się, moglibyśmy
rozmawiać. Ale ty nigdy nie zapytałeś, czy wszystko u mnie w porządku.
- Bo w każdej odpowiedzi przewijałeś
tego swojego pedała – rzucił mężczyzna, wstając coraz bardziej wyprowadzony z
równowagi. Zaczął chodzić po pomieszczeniu z założonymi rękami. Luke parsknął
histerycznym śmiechem.
- Więc to jest twoim problemem. Tak,
przecież mogłem się tego spodziewać.
- Owszem, synu. Mogłeś. Dobrze
wiesz, że nie toleruję pedałów!
- I z tego powodu wolał stracić pan
syna? – Tobias spojrzał na niego ze spokojem, jednak wewnątrz nie mógł pozbyć
się pogardy wobec takiej postawy rodzica. – Zamiast skupić się na pomocy
swojemu dziecku, bo nie wierzę, że nic pan nie zauważył, wybrał pan ucieczkę od
problemu przez swoje zaściankowe przekonania? – Nie powiedział niczego więcej,
mimo że pytania cisnęły mu się na usta. Nie mógł przegiąć, choć prawdopodobnie
już powiedział zbyt wiele.
- Przecież on się do mnie nawet nie
przyznaje. – Luke nie patrzył już na ojca, uciekał wzrokiem. Było mu ciężko.
Tobias zerknął na minutnik, z ulgą stwierdzając, że zostało osiem minut.
- Przyznałbym się, gdybym miał do
kogo – warknął James, a Tobias ugryzł się w język, jedynie notując. Tutaj
popełnił zasadniczy błąd. Gdyby coś powiedział, nawet, jeśli byłoby to
przegięciem, przynajmniej byłaby szansa, że to, co zdarzyło się później, nie
miałoby miejsca.
Luke poderwał się z miejsca. Wtedy
już płakał. Bez wątpienia to było dla niego za dużo. Nie można było mu się
dziwić. Taka postawa rodzica musiała boleć, ba, na pewno bolała, a szczególnie
w jego sytuacji. Nie było nic gorszego, niż właśnie takie zachowanie ojca.
- Ale ja wciąż jestem twoim synem! –
krzyknął z rozpaczą. – Wolisz szufladkować mnie przez moją orientację, zamiast
pomyśleć, że sam zrobiłeś coś źle! Nic cię nie obchodzi. Nic. Po co tu w ogóle
przyszedłeś, skoro masz wszystko tak bardzo w dupie?! – Krzesło, na którym
wcześniej siedział James teraz poleciało na niego, a gdyby nie Tobias,
prawdopodobnie Luke rzuciłby się na mężczyznę. Płakał. Płakał i krzyczał, z
bólu, złości i bezsilności. Ale Applegate trzymał go mocno, przyciskając do
siebie i nie pozwalając, by się wyrwał.
Zdążył jeszcze zawołać pielęgniarkę.
Dalej były tylko chwile, i Luke dostał zastrzyk uspakajający, w ciągu kilku
sekund opadając bezwładnie na lekarza. Wezwani ratownicy niedługo później
przenieśli chłopaka na parter. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że Tobias nie
mógł wyjść z szoku. Nie dziwił mu się ani przez moment, chłopak i tak zniósł
przez tą rozmowę więcej, niż było go stać. Wyłączył dzwoniący budzik i spojrzał
na mężczyznę, tym razem nie kryjąc choć lekkiej pogardy, która kryła się w jego
zielonych oczach.
- Koniec rozmowy. Proszę wyjść –
rzucił, pokazując pielęgniarce, by odprowadziła mężczyznę i dziękując jej
skinieniem głowy. Miał dość.
*
- Mogłem się tego spodziewać –
syknął rozwścieczony, mierząc Cordelię pogardliwym wzrokiem. W innej sytuacji
prawdopodobnie by sobie na to nie pozwoliła, w końcu był od niej młodszy o
osiem lat i praktycznie powinien okazać jej więcej szacunku, jednak wiadomym
było, że nie mogła tego od niego wyegzekwować. Nikt nie był w stanie
wyegzekwować od niego czegokolwiek.
Castor nie wyglądał na takiego,
jakim był. Na pierwszy rzut oka stwarzał pozór spokojnego, nawet z lekka
zagubionego chłopaka, całkowicie zajętego muzyką, którą kochał w każdej
postaci. Śpiewał, grał, tańczył – wydawać się mogło, że to stanowiło jego
życie, caluteńkie, pochłaniało mu wolny czas. W istocie, bywało tak. Był bystry
i szybko się uczył, a do muzyki faktycznie miał wyjątkową smykałkę. Jednak pod
maską artysty skrywał podły charakter i duszę manipulanta, który potrafił
podporządkować sobie niemal każdego i wzbudzić w każdym zaufanie.
W niej już nie wzbudzał. Ale Luke
ufał mu do samego końca. Schlebiało mu to wyjątkowo.
- Nie wierzę, jak możesz być taką
kretynką – parsknął śmiechem, siadając na sofie w jej salonie. Nie był mile
widziany, nie tym razem, widział, że coś w niej pękło i nabrała do niego
dystansu. Ale nie miał zamiaru się tym przejmować szczególnie, że nawet nie
próbowała zrobić tego, co powinna. A skoro się jej nie udało – dlaczego miałby
jej za to nie zbesztać?
- Zamknij się – Cordelia starała się
patrzeć na niego z pogardą, ale ta znikła z jej twarzy, gdy Castor uniósł brew
w górę i parsknął śmiechem.
- Nawet nie mam zamiaru. Co,
zobaczyłaś go i zmiękły ci kolana? No, i zamierzasz wrócić do synów, ta?
Urocze. Taka z ciebie przykładna matka!
- Zamknij się do jasnej cholery! –
Szklanka, którą trzymał w ręce roztrzaskała się o płytki.
- Nie krzycz, dobrze? Powinnaś
wiedzieć, jak słabe to było.
Był nią zażenowany i rozczarowany do
granic możliwości. I wytrącony z równowagi, ponieważ nie przewidział, że gdy
już spotka tego swojego Tobiaska, na pewno rzuci mu się w ramiona i plan
skończy się kompletnym fiaskiem. W pewnym sensie irytowało go, że tego nie
przewidział, tak jak fakt, że jakiś facet był w stanie złamać ją i sprawić, że
nie była zdolna do dokończenia tego, co zaczęła. Jaki mężczyzna mógł być lepszy
od niego?
Zapewne każdy, który szanował
kobiety, jednak o tym Castor nawet nie pomyślał. Wolał nie spotkać tego
Tobiasa. Cordelia znaczyła dla chłopaka tyle co nic, jednak nie miał zamiaru
tak po prostu odpuścić i oddać jej jakiemuś doktorkowi, który pewnie miał tak
samo zszarganą psychikę, jak jego pacjenci.
- Albo twoja siła perswazji jest
słaba – Uśmiechnęła się złośliwie, znów nabierając pewności. Z deka się w nim
zagotowało, jednak tylko wstał i nalał sobie do innej szklanki, kompletnie
tracąc zainteresowanie szkłem leżącym na podłodze. – Posprzątaj to.
- Ani mi się śni. – Po czym wyszedł
na taras i oparł się o barierkę. – A mojej sile perswazji nie mam nic do
zarzucenia.
Przez chwilę panowała cisza, jednak
po chwili usłyszał stukot obcasów za sobą i kobieta stanęła obok niego. Nie
zaszczycił jej spojrzeniem, przyglądając się odległej tafli jeziora, wyraźnie
widocznej z Paris Avenue, szczególnie, gdy było się na czterdziestym piętrze.
- Przestań się na mnie gniewać –
odparła niemal potulnie i dotknęła jego przedramienia, a na jego usta wkradł
się uśmiech. Wprawdzie niedobrze mu się robiło na myśl, że wobec tego
Applegate’a zapewne umiała postąpić tak samo, jednak odrzucił od siebie tę
myśl. – Nie znoszę, gdy taki jesteś.
- Będziesz musiała to jakoś
ścierpieć – mruknął, odstawiając szklankę na szeroką barierkę i objął ją
delikatnie. – Ale naprawdę mogłaś załatwić to lepiej.
- A może nie powiedziałam ci
wszystkiego?
Obrócił głowę lekko w prawo, patrząc
na nią pytająco.
- Widziałam go – powiedziała,
obejmując lekko jego szyję. – Na sto procent jest w szpitalu. I pewnie wiesz,
dlaczego.
Wyraźnie wzięła go pod włos, ale nie
dał się, uśmiechając lekko. Czyli tam był. Wszystko szło tak, jak powinno, bo
przecież Luke nie trafił tam bez powodu. A powód wszystkim był znany.
Przynajmniej ten fizyczny, namacalny. Ale nikt prócz Castora nie wiedział, co
Sheparda skłoniło do próby.
- Nie mam zielonego pojęcia i chyba
mnie to nawet nie interesuje – wymruczał, wciąż uśmiechając się zadziornie.
Pochylił się nieznacznie, składając delikatne pocałunki na jej szyi. – Myślę,
że możemy o tym zapomnieć.
- Więc spraw, żebym zapomniała –
wyszeptała, a on lekko wsunął dłonie pod jej sukienkę.
Przecież o wszystkim w stanie było
się zapomnieć, jeśli tylko bardzo się chciało.
Prześlij komentarz