étude of soreness

Lover, please stay.


5/19/2014 / 22:19 / ANN

We all fall down, your "love" is just an alibi.

Mrugał nieznacznie, co chwila ponownie zamykając oczy. Światło drażniło nieprzyjemnie, a każdy, nawet najcichszy, dźwięk sprawiał przeraźliwy ból głowy i wywoływał zawroty. Usiłował sobie przypomnieć, co mogło spowodować u niego taki a nie inny stan, ale nie domyślił się do czasu, aż otworzył oczy. Znajdował się w jasnym pomieszczeniu, które w żadnym stopniu nie przypominało znanych mu dotychczas miejsc. Jedyne, co wydało się znajome, to kamera u sufitu wydająca przyglądać mu się z uwagą. Odgonił tę myśl i podniósł się z trudem. Było tu pusto; prócz łóżka nie znajdował się wokół niego żaden mebel.
          Z niemałym zdziwieniem uświadomił sobie, co zaszło. Potarł obolałą szyję, na której prawdopodobnie miał sporego krwiaka powstałego w wyniku niezbyt delikatnego wbicia igły. Już pamiętał. Rzucił się na Jamesa, na swojego ojca. Właściwie dlaczego? Pomyślał chwilę. Przypomniał sobie jego obraźliwe, trywialne sformułowania kierowane w jego stronę. Łzy napłynęły mu do oczu. To, jak traktował go ojciec, bolało i chyba nigdy nie miało przestać.
            Gdy już się zorientował, gdzie przebywa - a zajęło mu to trochę czasu ze względu na ilość przyjętych leków - nie był wstrząśnięty. Może nie przebywał w szpitalu zbyt długo, jednak o izolatce i jej funkcjonowaniu słyszał chyba każdy pacjent. Szczerze powiedziawszy, wyobrażał sobie to miejsce o wiele gorzej, a tymczasem było to po prostu chłodne, puste i przesadnie jasne pomieszczenie. Wrócił do pozycji leżącej, próbując zrozumieć, co właściwie czuje. Emocje, najczęściej sprzeczne, rozsadzały go od środka, łzy wciąż ciekły mu po policzkach, wspomnienia dudniły w głowie i chciało mu się spać, a gdy tylko otworzył powieki, pokój pomalutku zaczynał wirować. Nienawidził być pod wpływem leków.
            Nie zdołał dokładnie zarejestrować, kiedy właściwie zaczął o Nim myśleć, ale trwało to długo. Był tak otępiały zastrzykiem, lub innymi środkami, że nawet wspomnienia tych wszystkich kłamstw nie bolały go tak mocno, nie wywoływały kolejnych emocji. Ze spokojem wspominał wszystkie popołudnia, wspólne chwile, od robienia tostów do pocałunków, od pocałunków do kłótni, od kłótni do seksu, leżąc zwinięty na łóżku i przesuwając opuszkami po świeżych ranach na przedramionach. Różne myśli towarzyszyły tym wspomnieniom - najczęściej całkiem podłe. Miał wrażenie, jakby podświadomość wygarniała mu, jak bardzo zniszczył sobie życie, jak wiele popełnił błędów.
            Prawdopodobnie za sprawą leków, poczuł straszną tęsknotę za Castorem, za jego uśmiechem, ciepłym uściskiem, barwą głosu. Chwilami nawet nie był świadomy, że to wszystko to tylko wspomnienia. Wydawało mu się jakby ten naprawdę był obok i niwelował uczucie przeszywającej pustki oraz samotności. Ale z czasem, gdy działanie leków mijało, znów był świadomy i znów był sam. Wtedy zaczynał płakać, już nie przez słowa ojca czy z tęsknoty.
            Nie wiedział, ile czasu minęło. Mógł równie dobrze leżeć na łóżku w izolatce godzinami, ale nie odczuł tego, niemal bez końca wahając się między jawą a snem. Wyjątkowo nie czuł nawet głodu, może przez to, że kompletnie nie myślał o potrzebach. Nie słyszał nawet, kiedy drzwi się otworzyły i ktoś wszedł do środka. Zrozumiał, że nie jest sam dopiero, gdy łóżko zapadło się w nogach, zdradzając, że ktoś na nim usiadł. Odwrócił się.
            - Jak się czujesz? – Doktor Tobias wyglądał inaczej niż zwykle, a przynajmniej tak mu się wydało, gdy na niego spojrzał. Przyglądał mu się przez chwilę i w rzeczywistości nie znalazł żadnej różnicy pomiędzy tym, a zwyczajowym wyglądem lekarza. Zastanowił się. Chyba wcale się nie czuł, jednak taka odpowiedź nie miałaby sensu. Tyle, że naprawdę nie umiał określić swojego stanu.
            - Nie mam pojęcia – mruknął cicho, siadając. Oparł się plecami o zimną ścianę, przytykając do niej również policzek i podciągnął kolana pod brodę. – Wszystko mnie boli i wiruje.
            - Pielęgniarka musiała przesadzić z ilością leków. – Teraz Applegate wydał mu się zasępiony, choć na ogół taki się wydawał. Czy to możliwe, by się nim przejął?
            - Zrobiłem mu coś? T-tacie? – spytał po chwili ciszy, ponieważ nie do końca pamiętał, jak to wszystko się potoczyło. Wiedział, że nie wytrzymał, rzucił się na niego, pamiętał, że coś upadło, ale nic więcej. Całą resztę widział jak przez mgłę.
            - Nie, nic się nie stało. Choć miałem wrażenie, że coś do niego dotarło.
            - Niemożliwe. – Luke skulił się, wcześniej opuszczając rękawy bluzy. Pamiętał, by zakryć rany, które zafundował sobie na dobę przed rozmową z ojcem. Żałował oczywiście, że to zrobił, ale teraz, po fakcie, gdy na rękach miały pozostać nowe blizny; wtedy wcale o tym nie myślał.
            - Powinieneś coś zjeść – odparł lekarz, a chłopak dopiero teraz zauważył, że tamten przyniósł mu kanapki. Musiał być wieczór. Albo ranek. Pokręcił głową. Na samą myśl o jedzeniu robiło mu się niedobrze.
            - Nie jestem głodny, dziękuję.
            - Dasz radę sam wyjść? Myślę, że już wystarczy.
            - C-chyba tak.
            Z trudem dźwignął się z łóżka, ale po chwili udało mu się złapać równowagę i opuścić pomieszczenie. Tobias odprowadził go do sali. Na całym oddziale panowała całkowita cisza.
            - Przyjdź do mnie po południu, porozmawiamy trochę. – Mężczyzna zerknął znacząco na jego ręce ukryte pod rękawami.
            Domyślił się, zobaczył? Luke nie miał siły się nad tym zastanawiać. Skinął głową i wszedł do pokoju. Przez żaluzje do środka zaczynały wpadać pierwsze, jasne promienie wschodzącego słońca. Usiadł na łóżku, okrył się kocem, skulił w kącie. Po kilku minutach już spał.

*
            Garderoba wypełniona była dymem papierosowym, który skrupulatnie przenikał umieszczone w niej meble i ubrania. Był to już niemal zwyczaj, tutaj zawsze czuć było papierosy, okazjonalnie dym tytoniowy mieszał się z wonią rozmaitych alkoholi. Ściany pokoju, obite miękkim, czerwonym materiałem, kumulowały w sobie to wszystko. Jednak jemu nie robiło to większej różnicy, w przebieralni spędzał zaledwie kilka chwil przed występem i po nim. Zupełnie jak teraz, przygotowując się, czesząc, ubierając.
            Siedział przy toaletce, po której niewielkim blacie rozsypane były liczne przedmioty. Przeczesał włosy palcami, przyglądając się swojemu odbiciu. Z każdym dniem przestawał rozumieć, dlaczego wciąż tak się nim zachwycali. Wpadał w jakieś chore przewrażliwienie, wmawiał sobie, że starzeje się w zawrotnym tempie, choć wyglądał na młodszego, niż był w rzeczywistości. Oparł się na krześle, wciąż patrząc. Jego bursztynowe oczy błyszczały w świetle okrągłych lampek otaczających lustro. Ujął ciemny cień do powiek, podkreślając nim oczy dookoła. Malinową szminką wzmocnił kolor ust. Wyglądał słodko, a za razem męsko. Ale wciąż wcale nie podobało mu się to, co widział.
            Pheal’owi nie brakowało mężczyzn, którzy by go adorowali i wodzili za nim wzrokiem, ani też komplementów, którymi byłby ciągle obsypywany. Problem polegał na tym, że on tego wszystkiego wcale nie chciał, to już nie dawało mu satysfakcji. Chciał je słyszeć tylko od jednej osoby, chciał być uwielbiany tylko przez jednego mężczyznę. Każdego wieczora, czesząc przydługawe, kasztanowe włosy i podkreślając delikatne rysy makijażem, tęsknił za nim, a tęsknota powoli przybierała fizyczną postać bólu.
            Zepsuł, zepsuł wszystko. I skłamał, bo przecież już nigdy nie będzie mógł wrócić. Czy chociaż tęsknota w jakiś sposób go usprawiedliwiała? Czy strach go usprawiedliwiał? Czuł, jakby nic nie mogło wytłumaczyć jego czynów.
            W zasadzie był gotowy do występu, ale wciąż miał dużo czasu. Znów zerknął na swoje odbicie, nabierając obrzydzenia. Chciał wyglądać pięknie, ale w swoich oczach nie wyglądał i wiedział dlaczego. Nie miał wokół siebie nikogo, dla kogo chciałby tak wyglądać.
            - I am your sinner, I am your whore, but let me tell you something, baby, you love me for everything you hate me forzanucił cicho, zaciskając powieki. Chciał płakać, wpaść w histerię, ale to nie przychodziło. Organizm nie pozwalał mu uwolnić zalegających w nim emocji, zmuszał go do duszenia tego w sobie. Wplótł palce we włosy i zacisnął pięści. Wykrzyczał krótką wiązankę przekleństw pod swoim adresem, jakby próbując przywołać się do porządku, ale niezbyt mu ulżyło.
            Zrezygnowany wstał, rozebrał się i włożył śliski, lateksowy kostium, podkreślający jego szczupłe, męskie ciało. Tego wieczora nie chciał się nikomu pokazywać, a już na pewno wyjść na scenę niemal nago. Choć należy zacząć od tego, że wyjście na scenę było ostatnim, czego teraz mógłby chcieć.
            Wystąpił wcześniej, niż przewidywał grafik, ale nikt nie miał mu tego za złe. Dał z siebie wszystko, jak zawsze. Zmysłowo poruszał się w rytm muzyki, przesuwał dłońmi po swoim ciele, grał, uśmiechał się lubieżnie, ale w rzeczywistości wszystko, czego chciał, to być daleko od Nowego Orleanu, od tego obskurnego miejsca, z Nim. Przez moment nawet zobaczył Go w zupełnie obcym mężczyźnie, który pochłaniał go wzrokiem spod sceny – był do tego stopnia pewien, że posunął się dalej, niż powinien, pochylił się i pocałował zachwyconego obserwatora. Ale po smaku jego ust poznał, że to nie Tobias. To nie mógł być On. Gdy tylko zszedł ze sceny, w końcu udało mu się rozpłakać.
            Wiedział, że nie powinien nigdzie wychodzić, a udać się do swojego pokoju, ale mimo to ubrał się w zwykły strój i wyszedł z lokalu. Doskonale wiedział, gdzie idzie, choć pewnie nie był tam przez nikogo mile widziany. Nie dbał o to. Wątpił, by w Chariocie spotkał Tobiasa, ale przynajmniej przez moment mógł być bliżej niego niż przez te wszystkie samotne tygodnie. Usiadł w kącie lokalu, chowając się w kapturze zbyt luźnej bluzy. Pomyśleć, że jeszcze w zeszłym miesiącu pasowała idealnie…
            Evren miała wielu klientów, więc stała za ladą, nawet nie zerkając na salę. Na jego szczęście. Nie miał ochoty, by go widziała, mierzyła wzrokiem i oceniała. Gówno tak naprawdę wiedziała o wszystkim, co przeżywał, by mogła coś powiedzieć. Właściwie nikt nie wiedział. Poprosił jedynego kelnera o szklankę soku, choć najchętniej wyszedłby z kawiarni, znalazł pierwszy lepszy bar i porządnie się schlał. Ale nie mógł, bo musiał przecież wrócić do lokalu. Z resztą jego budżet nie pozwalał mu na takie rozrywki.
            Wiedział, że go tutaj nie spotka i wyrzucał sobie przyjście tutaj. Gdy siedział przy stoliku, przy którym zwykli siedzieć razem, pijąc kawę i jedząc sernik, wszystko bolało jeszcze bardziej. Pamiętał każde popołudnie, które tutaj spędzili; sam na sam, albo w czwórkę. Pamiętał, że Tobias nigdy nie pozwalał mu zapłacić, co w wielu wypadkach ratowało go, bo zwyczajowo nie miał ani grosza przy duszy.
            Przetarł twarz drżącymi dłońmi. Był roztrzęsiony, tęsknił do tego stopnia, że powoli zaczynało brakować mu tlenu. A jednak wciąż oddychał.
            Nie wiedział, ile czasu minęło, ale lokal pustoszał podobnie jak ulice za oknem, a właścicielka i kelner wyraźnie szykowali się do zamknięcia. Podniósł się i podszedł do baru.
            - C-chciałbym zapłacić za sok – wychrypiał cicho, kładąc odliczone monety na ladzie. Czuł na sobie przenikające spojrzenie dziewczyny, więc spuścił głowę jeszcze raz. Usłyszał niepewne „dziękuję”, więc odwrócił się i słabo ruszył do wyjścia.
            - Pheal? – zastygł z dłonią na klamce, zaciskając powieki. Musiała rozpoznać go akurat teraz? Musiał się zatrzymać, tym samym się zdradzając? Usłyszał, jak wychodzi zza lady, idąc do niego. – Wszystko w porządku?
            Uniósł głowę lekko. W jej oczach nie było pogardy ani gniewu, wydawała się zmartwiona, przejęta, choć przecież nie powinna, bo nawet na to nie zasługiwał. Nie osądzała go, nie krzyczała.
            - Nie, Ev. Nie jest w porządku. – Wyszedł, nim zdążyła zapytać o coś więcej, po prostu nie chciał się tłumaczyć, odpowiadać na pytania. Nie chciał troski, bo na nią nie zasłużył. Ruszył do domu, mimo że brzmiało to paradoksalnie. Choć w jego przypadku… Przecież był dziwką, mieszkał w burdelu, czy to kogoś dziwiło? Nie jego. Taki już był i pewnie nie miało się to już zmienić.
            Gdy wszedł do środka, byli jeszcze klienci, jednak przeszedł przez tłum bez obaw, wyglądał przecież jak jeden z nich. Minął bar, ruszając schodami na piętro, do siebie. Był wypruty z sił, roztrzęsiony i bliski ponownego wybuchnięcia płaczem. Chciał być sam. Wczołgał się po schodach ostatkami sił.
            - Nie wiesz, że nie wolno wam się szlajać? – Na dźwięk tego głosu zastygł, podobnie jak w Chariocie, gdy usłyszał Evren. Naprawdę nie chciał stwarzać sobie problemów, ale najwyraźniej los miał wobec niego inne plany.
            - Myślałem, że wracasz jutro – odparł wymijająco, starając się zabrzmieć naturalnie i uśmiechnął się lekko. Z twarzy mężczyzny nie udało mu się wyczytać, czy to łyknął; czy tak czy tak, było to mało prawdopodobne. Preston stał oparty o ścianę z założonymi rękami i palił papierosa. Mierzył go chłodnym spojrzeniem stalowych tęczówek. Pheal’a przeszył strach.
            - Co za niespodzianka, prawda?
Mężczyzna pchnął drzwi kolanem, otwierając sypialnię tancerza. Nie musiał nawet nic mówić, by Pheal od razu wszedł do środka. Próbował zachowywać się naturalnie, luźno, zachęcająco. Ale coś mówiło mu, że wcale mu to nie wychodzi. Czuł, jak bije od niego przerażenie. Nie chciał tam być.
- Wróćmy więc do tematu twoich wycieczek. – Preston usiadł na fotelu w rogu pokoju i położył nogi na zaśmieconym stoliku. W słabym świetle lampy jego oczy wyglądały jeszcze groźniej, a krótkie, czarne włosy dodawały mu surowości, jakiej nigdy mu nie brakowało. Pheal naprawdę się bał i panicznie starał się to jakoś ukryć, choć w tym wypadku nie było na to najmniejszej szansy. Wiedział, że nie wolno mu nigdzie chodzić po pracy, gdyby ktoś go napadł, wszystko spadłoby na właściciela klubu i Preston miałby poważny problem. Zawalił sprawę. – Kto, do kurwy nędzy, pozwolił ci wyjść? Nie wiesz, że możesz tu ściągnąć psy? Pojebało cię? – Mężczyzna nie krzyczał, ale nawet nie musiał, Pheal i tak czuł się winny.
- M-musiałem… Odetchnąć… Przepraszam. – Wydusił.
- Odetchnąć… No popatrz ty się. Od czego?
Parsknął, patrząc na Pheal’a z politowaniem i zgniótł papierosa w oszczerbionej filiżance z resztką herbaty. Podniósł się, podchodząc do niego leniwie. Pheal drżał już ze strachu na całym ciele. To, co łączyło go z Prestonem dawno przekroczyło granice normalności, a przede wszystkim granicę relacji szef – podwładny i wiedział o tym. Gdyby tylko mógł coś zrobić, jego życie wyglądałoby zupełnie inaczej, prawdopodobnie już dawno by go tutaj nie było. Nie musiałby porzucać Tobiasa, chłopców. Nie byłby już żałosną dziwką.
Nie odpowiedział na jego pytanie, bo nie miał pojęcia, co mógł powiedzieć – niezależnie od słów, jakich by użył, i tak miał dostać, więc wolał nie pogarszać swojej sytuacji. Ale z drugiej strony, czy dało się ją jeszcze pogorszyć? Preston zamachnął się i uderzył go w twarz z taką łatwością, jakby Pheal był kukłą. Nie powiedział nic, jedynie zacisnął zęby.
- Byłeś u swojego doktorka, tak? Nie mówiłem ci, co o nim myślę?
- N-nie, nie, ja… Nie widziałem się z nim, przysięgam, Preston, proszę…
- Kłamiesz, widzę to, kurwa mać! – Kolejne uderzenie, tym razem w splot słoneczny. Tancerz zatoczył się i upadł, przez chwilę nie mogąc nabrać powietrza w płuca. Kręciło mu się w głowie, a łzy kaskadami spływały mu po policzkach.
- N-naprawdę, przysięgam… - szeptał cicho, ale Preston zdawał się go nie słuchać, a przynajmniej nie przejmować się jego słowami; w zamian za to wymierzył kilka kolejnych, na szczęście nieco łagodniejszych ciosów. Przycupnął przy wspartym rękami Pheal’u.
- Więc dlaczego? Nie wystarczam ci, Pheal? – Szatyn spojrzał na niego. Choć nienawidził go i wciąż się bał. Pokręcił głową, po czym wyciągnął drżącą dłoń i położył ją na policzku tamtego. Przez moment wydawało się, że znów zostanie uderzony, jednak po kilkudziesięciu sekundach spojrzenie mężczyzny zmieniło się, przestało być tak lodowate. Usiadł obok niego i przyciągnął go do siebie. Podziałało. Był bezpieczny. – Kocham cię, Pheal.
- J-ja też, ja też… - powiedział cicho, choć jedynym, co w tamtym momencie czuł, był strach.
Dał ściągnąć z siebie ubrania - powoli, bez pośpiechu. Całkowicie się poddał. Mężczyzna w kilka sekund z oprawcy przemienił się w kochanka, całował jego poturbowane ciało z czułością, delikatnie. Pheal powoli odprężał się, choć wszystko go bolało. Chciał płakać bez końca, będąc całkiem sam, ale teraz jedynie rozbierał bruneta drżącymi dłońmi. Już po chwili czuł go w sobie, zbyt mocno i niedelikatnie. Nie był niczyj, należał do Prestona, czy mu się to podobało, czy nie. Ale w jego ramionach czuł się jak zwykła dziwka, wykorzystany i do końca zeszmacony. Ale dotrwał do samego końca, otępiały i poddany. Jedynie tęsknota nie minęła i chyba nigdy nie miała minąć.

*
Kiedyś chyba obiecywałam odcinek o Phealu/jakieś wyjaśnienie tego, co zaszło. W tym odcinku starałam się to pokazać. Mam nadzieję, że się udało. Co do Prestona, muszę się z Wami podzielić moimi dziwnymi przemyśleniami - gdy o nim myślę, przed oczami staje mi krótko ścięty Christopher Cerulli, bez makijażu. Do rany przyłóż gościu.
Wybaczcie tak długą zwłokę; wyjazdy, wycieczki trochę mnie zatrzymały, musiałam się jakoś rozerwać
A, i dziękuję, że jesteście i czytacie. KC.

comment

Blogger world destroyer 20 maja 2014 19:27

Ładne, Nana lubi to ♡ Tylko smutno bardzo, chcę ich wszystkich wytulać. Stęsknieni, tacy biedni :C Więcej weny na to cudeńko, słońce <3

Prześlij komentarz



«
»